16 stycznia 2016

Rozdzial 5

Przez całą drogę wyobrażałam sobie obóz elfów. Zastanawiałam się, czy mają tam jakąś szkołę, czy nie mają czasu na naukę bo cały czas atakują ich zori, więc może mają tam szkołę wojskową? Kto uczy ich latać? Rodzice, czy starsze elfy? Tyle miałam pytań, a kiedy zadawałam je Casparowi odpowiadał, że zadam je im osobiście. Bardzo mnie to denerwowało. Dlaczego nie mógł odpowiedzieć mi wprost? Szliśmy w ciszy. Chciałam porozmawiać z Wiliamem, ale on był zajęty rozciąganiem tarczy, a ja się nudziłam. Las, którym szliśmy w ogóle nie był interesujący. Zwykłe drzewa, zwykła trawa, zwykły mech, ale zauważyłam bardzo dużo poprzewracanych konarów i nie mogłam się powstrzymać, żeby zadać Casparowi kolejne pytanie:
- Czemu, co minutę przeskakujemy przez przewrócone drzewo?
- Próbujemy odciągnąć ataki zori z obozów do lasów. To są efekty. Wolimy, aby wyrywali drzewa niż przewracali domy. W obozie chowają się kobiety z dziećmi. Więc pilnujemy, aby były tam bezpieczne.
- Mieszkacie w domach? - nareszcie jakaś informacja.
- Myślałaś, że na drzewach? Tak mieszkamy w domach. Piętrowe budynki takie jak wasze. Lubimy wasze pomysły. To znaczy pomysły ludzi.
- Tak jesteśmy bardzo kreatywni.
- Ta kreatywność, kiedyś zniszczy wasz świat. Po co, wam ta technologia? Potrzebne wam są komputery i telewizja?
- To jest bardzo wygodne.
- Raczej niebezpieczne. Na przykład komu potrzebna jest bomba atomowa lub po co Nobel wynalazł dynamit?
- Nobel nie chciał, aby dynamit służył do zabijania. Jego główną właściwością miało być wysadzanie skał, aby łatwiej było wydobywać węgiel i tym podobne. Nigdy nie miał nikogo zabić.
- To nie był zbyt mądry. Podczas tworzenia tak niebezpiecznej broni mógł uwzględnić prawdopodobieństwo tego, że ludzie nie będą chcieli wydobywać tylko węgla, ale też niszczyć siebie nawzajem. Doszedł do tego, gdy było już za późno. Ludzie zawsze idą na łatwiznę. Inne rasy nie zawracają sobie głowy ułatwianiem życia, wolimy tradycyjne rozwiązania.
- Macie szkoły? Bo skąd byś wiedział tyle o Noblu i skąd byś wiedział tyle o naszym świecie?
- Nie, nie mamy szkół. Rodzice uczą nas czytać i pisać. Wybrane elfy ruszają raz w miesiącu do świata ludzi i pożyczają książki. Czytamy je i w ten sposób się uczymy. Każdy elf musi przeczytać książki, które przyjdą w danym miesiącu. Raz na jakiś czas rodzice zabierają dzieci do świata ludzi i wszystko im pokazują.
- Jak to pożyczacie? No te, książki.
- Wchodzimy do biblioteki i wypożyczamy je. Jak ludzie.
- Macie karty biblioteczne? Musielibyście podać bibliotekarce swoje dane i w ogóle.
- Wymyślamy je.
- No pewnie. Nie tak trudno oszukać bibliotekarkę.
- Dziwię się tylko, że tak mało ludzi w waszym świeci czyta. Książki bardzo wielu rzeczy nauczają.
- O nie, czytają i to bardzo dużo. Szczególnie gazety, blogi, a książki wystarczą te, które czytamy w szkole, i z których się uczymy.
- No jasne szkoła. Tak na marginesie bardzo fajna sprawa. U nas są spotkania z Cezarym, który często opowiada nam o rzeczach, których nie ma w księgach. Mamy też swoje, czyli pamiętniki starych elfów, wilkołaków, czarownic, itd. Jest jeszcze księga proroctw. Księga zakazana. Cezary ukrył ją w sejfie, aby młodsi nie czytali tych głupot i nie robili sobie nadziei. Odkryłem hasło do sejfu, ukradłem księgę i ruszyłem na wasze poszukiwania. Wbrew temu, co mówił Cezary. Tak naprawdę to jestem zdrajcą.
- Jak długo nie było cię w obozie? Masz jakąś rodzinę?
- W obozie nie było mnie rok, a moją rodziną są elfy, ale jeśli chodzi ci o prawdziwą to jej nie mam. Wszyscy zginęli. Zabili ich zori.
- To jak długo zori was atakują?
- Równe sto lat. Jeszcze się trzymamy, ale to nie potrwa za długo.
- Cezary naprawdę nie rozumie, że łącząc siły już dawno temu mogliście ich pokonać?
- Cezary nami nie przewodzi, robi to Gabriel.
- Przecież to Cezary jest najstarszy, sam tak powiedziałeś.
- Tak, ale nie powiedziałem, że najstarszy rządzi. Dowodzi najsprytniejszy, najszybszy i trzymający zdrowy rozsądek, taki właśnie jest Gabriel. Nigdy nas nie zawiódł i nie powiedziałem, że nie chciał współpracować z innymi, wręcz przeciwnie to on namawiał innych do współdziałania, lecz nikt nie chciał go słuchać. Musimy bronić się sami przed zori, a także przed wilkołakami, wampirami i zmiennokształtnymi, którzy atakują nas tylko gdy przekroczymy ich granicę. Dlatego najpierw zaczynamy od najłatwiejszego, czyli obozu elfów. Będą chcieli was słuchać, ponieważ chcemy zjednoczenia dla dobra krainy.
- A nie dla swojego?
- Nigdy tak naprawdę nie poznaliśmy osobiście innych ras tylko ludzi, którzy są bardzo sympatyczni lub bardzo wredni. Reszta nawet ich nie widziała wie tylko, że wyglądają tak jak zori i jestem pewien, że gdy tylko będziemy chcieli przekroczyć czyjąś granicę czeka nas nie miłe powitanie. To tyczy się też miejsca, do którego idziemy. Teraz idziemy po terytorium neutralnym.
- Więc tak naprawdę idziemy na pewną śmierć?
- Nie bez potrzeby William dostał dar tarczy.
- Której nie może rozciągnąć – dodałam.
- Hej, staram się okej? W sytuacji nadzwyczajnej dam radę ją rozciągnąć. Chyba – Odezwał się po raz pierwszy William.
- Są jeszcze plusy. Zori nie są ludźmi. Posiadają tylko ich wygląd. Tak naprawdę to ich serca nie biją, a oni sami nie oddychają. Może będziecie mieć pół minutki więcej, żeby pokazać im, że wasze serduszka dają siwe znaki.
- Może – powiedziałam ponuro.
- Przed elfami was obronię, gorzej będzie z innymi, ponieważ oni będą chcieli zabić mnie i was, lecz gdy zdobędziemy zaufanie reszty elfów Gabriel i najlepsi strażnicy na zjednoczenie reszty ras wybiorą się z nami. Podsumowując nie jest, aż tak źle.
- Mogło być gorzej – powiedziałam z sarkazmem.
W lesie widzieliśmy coraz to mniej drzew, ponieważ były one powyrywane i leżały na ziemi. To było takie przygnębiające, że też tworzą się tacy idioci i robią takie rzeczy. Nie mogę sobie wyobrazić, że te potwory zabijają niewinne istoty, aby panować nad tą krainą, i co jeszcze może nad światem? Sto lat i te matoły nie mogą ze sobą normalnie porozmawiać. Unikają się nawzajem i atakują, a i jeszcze ten gatunek, który będziemy musieli odnaleźć. Jaki to był gatunek?
- Caspar? Wcześniej mówiłeś, że o jednej rasie czerpiecie informację tylko z ksiąg. Jaka to jest rasa? - pewnie zmiennokształtni albo wampiry.
- Czarownice.
- Myślałam, że...
- Wyglądem również przypominają ludzi, ale każde stworzenie rozpozna, że nimi nie są. Na kilometr czuć, że panują nad magią. Ich ręce tworzą, niszczą, rzucają zaklęcia. To co, o nich wiecie na razie to nieprawda. Nie trzymają się za ręce i nie tworzą kręgów, nie mają kociołków, w których mieszają jakichś cudacznych eliksirów. Mają swoje księgi zaklęć i swoje żywioły. Czarownica z żywiołem ognia, nie może przykładowo wywołać tornada itp. Symbolem każdej czarownicy jest pięcioramienna gwiazda. Przywódca ich panuję nad wszystkimi żywiołami. Tylko, że najpierw musimy je znaleźć. Wiemy o ich istnieniu z pamiętników pierwszych elfów, wilkołaków i wampirów. Opisują jakie to czarownice są potężne i jakie niezwykłe posiadają zdolności przy nich jesteśmy niczym. Od setek lat, czarownice się ukrywają, ale co to jest dla zori.
- Co tam się dzieję? - zapytałam.
Za drzewami ujrzałam domy, niektóre się paliły. Ten teren wyglądał jak małe opuszczone miasteczko, a na około niego leżały powyrywane drzewa. Naliczyłam trzy palące się budynki. Patrzyliśmy na te pobojowisko, a następnie ruszyliśmy do obozu. Na około leżały ciała. Martwe ciała. Nie mogłam znieść ich widoku, więc odwróciłam wzrok.
- Zori – szepnął ponuro Caspar.
Wreszcie doszliśmy do centrum obozu. Rozglądaliśmy się na około szukając rannych, którym można byłoby jeszcze pomóc. Spojrzałam w lewo i moje zainteresowanie padło na kawałek zielono-niebieskiego...skrzydła. Kucnęłam i patrzyłam na nie z góry. Chwyciłam je drżącą ręką i chciało mi się płakać. Tylko, co dałyby moje łzy? Nic. Patrzyłam z przerażeniem na porozrzucane szczątki. Chciałam pokazać oderwane skrzydło Casparowi i Williamowi, ale kiedy się odwracałam czyjaś ręka chwyciła mnie za gardło i podniosłą do góry. Krzyknęłam i próbowałam się wyrwać, lecz nic to nie dało.Kątem oka zobaczyłam, że Caspar zasłania Willa własnym ciałem.
- Paul! Puść ją!
- Caspar? Ty żyjesz. Gdzie się podziewałeś? Z resztą nieważne. Trzeba zabić tę kreaturę – i jeszcze mocniej ścisnął moje gardło. Zaczęło brakować mi powietrza. Walczyłam o oddech, kiedy wreszcie Paul mnie puścił. Upadłam na ziemię i cieszyłam się każdym oddechem.
- To jest człowiek, ale jak to możliwe? - spytał w osłupieniu Paul.
- Cloe? W porządku? - spytał, William. Nawet nie wiem kiedy się przy mnie zjawił.
- Bywało lepiej – odpowiedziałam. Wstałam z ziemi i dopiero teraz zobaczyłam, że oprócz Paula i Caspar jest tu dziesięć innych elfów. Przemienionych. Tylko nasz przyjaciel zachował ludzkie oblicze.
- To bardzo długa historia, którą nie wątpliwie wam opowiemy, ale najpierw powiedz mi gdzie są wszyscy? Tylko nie mów, że...
- Nie, nie spokojnie Casparze. Są bezpieczni. Od twojego odejścia założyliśmy schron, do którego chowają się kobiety i dzieci. Reszta walczy. Za chwilę powinni się wszyscy zjawić. Powiedz mi przyjacielu, co robią tutaj ludzie? - teraz uśmiechnął się do nas serdecznie.
- Paul przedstawiam ci Clover i Williama. Ludzi, którzy wypełnią proroctwo – walnął prosto z mostu.
- Słucham? - zapytał Paul, gdy tak na niego patrzyłam myślałam, że oczy wyjdą mu zaraz z orbit, a reszta elfów była nie lepsza stali i nie mogli wykrztusić ani słowa.
- Dobrze słyszałeś, tak samo jak słyszałeś proroctwo. Chyba, że już je zapomniałeś? Paul, jesteś jednym ze starszych i jednym z tych, którzy przestali w nie wierzyć.
- Proroctwo kłamało nic nas nie uratuje i nikt na nie zjednoczy, a ty uciekłeś z obozu. Powinniśmy cię teraz za to zabić.
- Przepraszam bardzo, że się wtrącam, ale chyba się przesłyszałam – no nie mogłam tego dłużej słuchać. Ok, może też na początku nie wierzyłam, ale bez kitu nie jestem taka głupia, aby nie wierzyć dowodom. W końcu stoimy tu przed nimi, czy to nie wystarczy – Serio, zabić? Facet poszedł w świat szukać osób, w które nikt nie wierzy, i które odnalazł. Wiecie, co? Przez te 24 godziny trochę się dowiedziałam, a mianowicie dowiedziałam się tego, że żaden człowiek nie otworzy tego waszego chorego systemu w wodospadzie, no ale pewnie my jesteśmy tylko wytworem twojej wyobraźni.
Cisza. Nikt się nie odezwał. No co, powiedziałam coś nie tak? Wszystko to prawda.
Caspar uśmiechnął się do mnie ciepło dając tym samym znak, który oznaczył ,,Świetnie, Cloe. Tak, trzymaj."
- Chcemy się widzieć z Gabrielem. Możecie go poprosić o spotkanie z nami? – zapytał.
- Nie będą musieli prosić, Casparze. Mamy wiele rzeczy do omówienia – rozległ się za nami donośny głos Gabriela.
Teraz staliśmy twarzą w twarz z przywódcą i elfami, którymi przewodził. Wszyscy patrzyli na nas z szeroko otworzonymi oczami. Kilkoro dzieci stało za plecami swoich matek i spoglądało na nas nie spokojnie. Zobaczyłam grupki nastolatków szepczących między sobą. Pamiętałam, aby nikomu nie patrzeć w oczy. Niektórzy dorośli się do nas uśmiechali, a inni stali i patrzyli w milczeniu, a Gabriel? Gabriel, wyglądał na osiemnastolatka. Bardzo przystojnego nawiasem mówiąc. Jasne brązowe włosy, wydajne usta, kształtny nos. Ubrany był w dżinsy i niebieską koszulę, której rękawy były podwinięte do łokci. Całe ubranie było we krwi, oczywiście.
Patrzyłam na to zgromadzenie i nie mogłam uwierzyć, że ktoś może żyć przez sto lat w ciągłym lęku. Patrząc na nich wiedziałam, że już nie chcę wracać do mojego poprzedniego życia. Moje nowe życie jest tu i teraz i jeszcze przez bardzo długi czas.


9 stycznia 2016

Rozdział 4

- Gdzie jest ta, cholerna kraina? - burknęłam i po raz tysięczny potknęłam się o jakąś gałąź.
- Już niedaleko. Za chwilę będzie przejście.
- Na razie widzę tylko drzewa. Chyba, że przejście jest w drzewie? - zapytał Wiliam, też nie był zadowolony z tak długiego spaceru.
- Przejście jest w wodospadzie.
- Nie oczekiwałem takiej odpowiedzi - mruknął.
Dosłownie dwie minuty później usłyszeliśmy szum wody. Wodospad. Wtedy go zobaczyliśmy. Wysoki na pięćdziesiąt metrów, a szeroki na około czterdzieści. Woda, która spadała z uskoku, tworzyła szeroki strumień, który się zwężał do jakichś czterech metrów szerokości. Niezwykły widok. Tylko jak my mieliśmy przez niego przejść? Patrzyliśmy z dołu na tego olbrzyma.
- O, jesteśmy na miejscu.
- Ja nie skaczę - powiedziałam, bo niby jak inaczej moglibyśmy przejść do innego świata.
- Nie będziemy skakać. Zwariowałaś?
Szum wody lekko go zagłuszał. Pojęcia nie miałam, że w Liverpoolu jest wodospad. Podeszliśmy do skał. Ręką dotknęłam wody. Była zimna, ciekawe skąd się brała?
- Jest! - krzyknął, Caspar. Wskazywał właśnie na najgładszą skałę świata.
Caspar położył na niej rękę Wiliama. Wtedy skała zaświeciła się na czerwono i ukazała symbol tarczy. Taki sam jaki miał na ramieniu Wiliam.
- Tarcza. Bezpieczeństwo, odwaga, siła - zdiagnozował symbol Caspar. W tym momencie woda przestała spływać z uskoku w dół.
- Co się stało - krzyknęłam przestraszona.
- Will, ustań z boku i poczekaj. No już, Cloe. Połóż rękę na skale.
Osłupiała dotknęłam kamienia. Zaczęło bić z niego zielone światło i ukazał się symbol koniczyny.
- Koniczyna. Szczerość, mądrość, wytrwałość. Teraz ja.
Ustałam koło Wiliama i patrzyłam na Caspara. Przyłożył dłoń do kamienia, który zaczął świecić na fioletowo. Pokazał się symbol wiatru. A wtedy skały, po których nie dawno spadała woda, rozwarły się. 
- Na co, czekacie? Chodźcie. To nie trwa wiecznie.
Weszliśmy przez rozwarte skały i w momencie, gdy byliśmy poza ich zasięgiem, kamienie złączyły się ze sobą ponownie i byłam pewna, że już zaczęła płynąć po nich woda, ale tu jej nie słyszałam.
Kraina, którą wyobrażałam sobie jakoś lepiej była taka sama jak nasz świat. Panował mrok, były drzewa, była trawa, a dalej płynął strumyk z krystalicznie czystą wodą. Nagle mnie olśniło.
- A co, jeśli ktoś nas widział?
- Najbliżej znajdujący się człowiek był kilometr stąd. Sprawdziłem to. Nasze istnienie utrzymujemy w wielkiej tajemnicy. Chyba wiecie, że jako jedyni ludzie na świecie możecie przechodzić przez wodospad? To kolejny dowód na to, że proroctwo się nie myliło.
- To co teraz? - zapytałam.
- Teraz idziemy do obozu elfów. Tak na dobry początek. Będziecie musieli ich przekonać, że razem pokonamy zori.
- Jak?
- Proponowałbym słowami chyba, że wolicie na migi.
- Bardzo zabawne, ale co mamy im powiedzieć?
- Kiedy ich zobaczysz słowa same ci przyjdą do głowy. Zaufaj mi.
- Opowiedz nam o swojej rasie wszystko - poprosił Wiliam.
- Nasza rasa, potrafi latać dzięki skrzydłom i kościom pneumatycznym, wypełnionych powietrzem. Dzięki nim łatwiej nam się poruszać w powietrzu. Żyjemy w lesie, tak jak wszyscy. Zabić nas może tylko trucizna, ale musicie pamiętać, że nie jesteśmy nie zniszczalni. Skrzywdzić nas może wszystko, nawet na całą wieczność. Na przykład ogień, czy miecz, ale to nas nie zabije. Trucizna może być w różnych formach: napoju, gazu, jadu i każdej innej. Tylko naprawdę mocna trucizna. Panujemy nad wiatrem, potrafimy uzdrawiać, mamy doskonały słuch, lecz nie tak dobry jak u wampirów, czy wilków. Najstarsze elfy mogą czytać w myślach…
- Ile ma około lat stary elf? - szybko zadałam pytanie.
- Sto dwadzieścia? Około.
- A ty? Ile masz?
- Sto pięćdziesiąt.
- Słyszysz nasze myśli!?
-Słyszenie, a czytanie to różnica. Słyszenie to klątwa. Słyszysz myśli wszystkich wokół i nie możesz ich wyłączyć. Podobno czarownice często rzucają te klątwy. Czytanie. Tak mogę czytać wam w myślach, ale mi się nie chce. Robić to  mogę tylko kiedy złapię kontakt wzrokowy z ofiarą - nigdy nie patrz Casparowi w oczy - Nie bójcie się. Nasz obóz jest niedaleko, zaraz będziemy.
- Ile jest elfów w tym obozie?
- Jest nas 267 z dziećmi, ale nie myślcie sobie te maluchy świetnie latają. Najstarszy jest Cezary ma 201 lat. Starszych elfów jest 107, dorosłych 102, a dzieci 58.
- Ile lat mają dzieci?
- Najstarsi mają szesnaście lat. Tak jak ty.
- A jeśli nikt nam nie uwierzy. - zapytał William.
- Spokojnie. Wykorzystacie moce.
- Nawet nie wiemy jakie są i jak ich używać. - zauważył Will.
- Ja je znam.
- To gadaj! - krzyknęliśmy równocześnie i uśmiechnęliśmy się do siebie. Ten piękny uśmiech. Opanuj się, Clov. To nie czas na amory.
- Twój dar to tarcza, Williamie. To taka przezroczysta powłoka, która na razie działa tylko na ciebie, ale możesz ją rozciągnąć, aby chronić innych. Musisz to sobie tylko wyobrazić. Chroni głównie przed działaniem mocy innych stworzeń lub gdy panuje wielka burza można ją stosować jako wielki parasol, różne masz możliwości.
- Tylko ja nie umiem jej rozciągnąć.
- Musi się nadarzyć okazja. Stójcie. Potrenujesz tutaj.

Siedziałam na kamieniu i myślałam. To było moje zadanie myśleć. Wiliam próbował rozciągnąć swoją tarczę tak, aby Caspar nie miał łączności z moim mózgiem.
- Udało mi się? Czułem przez chwilę taki dreszczyk elektryczności.
- Tak udało ci się na dziesięć sekund.
- To i tak sukces - pochwaliłam.
- To nie był sukces. Jeśli tak powoli będziemy to ćwiczyć, to nic nie zdziałamy, a tak na marginesie bardziej podoba mi się ten szary sweter. Różowy jest zbyt dziewczęcy.
- Też tak uważam - no co? A o czym, ja niby miałam myśleć?
- Dobrze, a więc musimy zaryzykować - odezwał się Caspar.
- Tak, też tak sądzę. Może elfy nie będą chciały podziwiać naszych…
Nie zdążyłam dokończyć, bo Caspar złapał mnie za kaptur czarnej kurtki i trzymał nad przepaścią.
- ...umiejętności, co to ma znaczyć? - dokończyłam.
- Zrzucę ją na dół chyba, że mnie powstrzymasz.
- Że co?!
- Nie zrobisz tego. Za bardzo ci na niej zależy - fakt.
- Trzy, dwa...jeden - i runęłam w dół. Zrobił to. Zabiję go. Jeśli zaraz sama nie będę martwa.
- Nie! - krzyknął Wiliam, a jednak mu na mnie troszeczkę zależy, albo nie chce mieć mnie na sumieniu. Spadałam w dół i myślałam, czy mogę się czegoś złapać. Wtedy do mnie dotarło, że jeśli Wiliam mnie nie uratuje to i tak przeżyję, bo tylko ja mogę się zabić. Ha! Caspar jednak miał głowę na karku, ale upadek ze stu metrów trochę boli, bez względu na to, czy jest się śmiertelnym, czy nie. Tak jak powiedziało elfach jedna rzecz może cię zabić, ale wszystko może cię zranić i to na bardzo długo. Nie będę cierpieć na potrzeby eksperymentu, co z tego, że Caspar mnie szybko uzdrowi. Będę leżała połamana na ziemii i zdana na niego. Z rozmyśleń wyrwało mnie to, że zatrzymałam się metr nad ziemią i znów zaczęłam spadać, ale nie ze stu metrów, tylko z jednego.
- Au!
- Nic ci nie jest, Cloe? - zapytał Wiliam. Skąd tak szybko wziął się na dole?
- Will, udało ci się! Nie, nic mi nie jest. Żadnych trwałych uszkodzeń.
- Całe szczęście.
- Caspar, jesteś genialny!
- Wiem, dziękuję.
- Zrzucił cię ze skały!
- Ale i tak nic by mi się nie stało, tylko ja sama mogę się zabić, zapomniałeś, a nawet jakbym spadła to on by mnie uzdrowił, ale wiesz co?- zwróciłam się do Caspara - Taki upadek nieco by bolał.
- Gdyby mu się nie udało, zamierzałem cię złapać.
- Tak, ale więcej nie dostarczaj mi takiej dawki adrenaliny.
- Dobrze, czyli już potrafisz stworzyć ochronę zewnętrzną. To trudniejsze opanowałeś szybciej niż to łatwiejsze. Po drodze będziemy jeszcze ćwiczyć. Trening czyni mistrza.
- A jaki jest mój dar? - zapytałam.
- Ty, Clov. Masz bardzo specyficzny dar, coś jak kontrolowanie umysłu, ale niezupełnie. Umiesz przekonać ludzi do swojej racji, tylko jeśli sama w to wierzysz.
To magia, lek na głupotę. Tylko musisz nauczyć się go dobrze stosować. Dlatego powiedziałem, że kiedy ustaniesz przed elfami słowa same ci przyjdą do głowy. To właśnie twoja moc. Ludzie słuchając tego, co mówisz zaczynają się dobrze nad tym zastanawiać. Jesteś urodzonym przywódcą. Gdy mówisz konkretnie, słowa docierają do nich inaczej niż by wypowiedziały je inne stworzenia.
- Czyli nie dość, że same przyjdą mi do głowy to jeszcze przekonają innych? - chociaż lepiej by było mieć dar teleportacji, czy telekinezy, ale ten też może być – Tak jakby steruje ich mózgami?
- Tak, mniej więcej, tak. Dlatego proroctwo wybrało ciebie ponieważ wie, że nie wykorzystasz tego tego potężnego daru na swoje potrzeby. Ta moc pomoże ci zatroszczyć się o królestwo, które stworzycie.
- Na początek może zaczniemy was jednoczyć, a następnie pomyślimy o królestwie. Po wygranej – powiedział William.
- Spokojnie ja w was wierzę i inni też uwierzą. Nie jesteście sami i nie tylko wy ją uratujecie, wszyscy to zrobimy. Musimy jedynie zjednoczyć siły, a wy nam w tym pomożecie. To już nie daleko, około pół kilometra marszu. Chodźcie. No i poszliśmy.


7 stycznia 2016

Rozdzial 3

Nareszcie w domu.
 Usiadłam na łóżku i zaczęłam myśleć. Cały czas odrzucałam myśl, że to co się wydarzyło pół godziny temu było prawdą. Może miałam halucynacje. Ale im częściej o tym myślałam docierało do mnie, że to prawda. Zeszłam na dół zrobić sobie coś do jedzenia.
- Cześć - powiedział Brandon i ustał za mną. Mimowolnie podskoczyłam ze strachu. Po dzisiejszych wydarzeniach bałam się nawet chodzić na strych.
- Hej, jak tam było na rozmowie?
- Powiedzieli, że byli by zaszczyceni mając takiego ucznia jak ja, i że na pewno znajdzie się miejsce dla mnie na ich uczelni. Nadal nie mogę w to uwierzyć. A co u ciebie?
- No to świetnie. Jestem z ciebie dumna, a ja… - pomyślałam, że mu powiem. Zawsze mi wierzył. Było to trochę pogmatwane, ale on jest jedyną osobą, która mnie zrozumie... prawdopodobnie - Spotkałam pewnego... chłopaka. Nie wiem jak ci to opisać. Wracałam wtedy do domu. Myślałam, że to jakiś prywatny detektyw, czy coś. Później zaczął mnie gonić. Przestraszyłam się. Skręciłam w jakąś uliczkę i pobiegłam do lasu. Potknęłam się o korzeń wystający z ziemi. On mnie dogonił. Usiadł obok mnie i zaczęliśmy rozmawiać. Powiedział, że jestem osobą, która może mu pomóc. Następnie, nie wiem jak, ale dotknął moją kostkę. Zaświeciło światło, a ona... znów była normalna. Wcześniej nie mogłam nią nawet ruszyć, była opuchnięta, a po chwili uleczona. To było niesamowite i przerażające. Wtedy...
- Wiem, że nie chcesz, abym wyjechał, ale takie historyjki mnie nie przekonają.- przerwał mi - Przykro mi, że zostaniesz tu sama, ale moim marzeniem było wyjechać na studia. Myślałem, że cieszysz się moim szczęściem, a nie chcesz, żebym się martwił. Nigdy nie kłamałaś. Nawet wtedy, gdy... musiałem cię odbierać z komisariatu policji. Zawsze mówiłaś prawdę. Nie wiem, co się z tobą dzieję. Pogadamy o tym jutro. Teraz idź spać. Nie mam do ciebie siły.

Nie uwierzył mi. Lepiej myślał, że go okłamuję! Myślał, że wymyśliłam to, żeby został! Niewierze. Nie miał do mnie siły. Nigdy mu na mnie nie zależało. Dobrze, że wyjeżdża, niech spełnia marzenia. W tym czasie ja wywrócę swoje życie do góry nogami. Wiem już, co mam robić. Muszę odnaleźć Caspara i sprawdzić, czy to nie jest gra warta świeczki. Poszłam wziąć prysznic. Kiedy czułam, że zmyłam z siebie dzisiejszy dzień, włożyłam czyste ubrania. Czarne dżinsy, błękitny sweter i czarną, cienką kurteczkę Lacoste.
W szafie znalazłam czarny plecak nike, do którego włożyłam czyste dwie pary dżinsów i trzy bluzki (różową, czarną i bordową), do kieszeni z boku plecaka wrzuciłam bieliznę na zmianę i uznałam, że mam jeszcze dużo miejsca, a bagaż jest bardzo lekki.
W kolejnej kieszeni znalazła się szczoteczka do zębów, pasta, szczotka do włosów i kostka mydła. Do ubrań dorzuciłam kompas, notes, ołówek, telefon, ładowarkę bezprzewodową.
Zeszłam po cichu po schodach.
W kuchni znalazłam butelkę wody, rodzynki i dwie czekolady, które również znalazły się w plecaku. Szafa przy drzwiach wejściowych była zapełniona głównie moimi butami. Wygrzebałam niebieskie adidasy nike, które szybko włożyłam. Zamierzałam wziąć jeszcze jakieś bandaże i maści, ale przypomniało mi się, że Caspar jest uzdrowicielem i w razie potrzeby mi pomoże.
Bezszelestnie wyszłam z domu. To nie była ucieczka, ale Brandon sam się o to prosił. Czas sprawdzić, czy nie oszalałam. Poszłam do lasu. To tego, w którym się wszystko zaczęło.

Po dwudziestu minutach marszu dotarłam do celu. Latarka w telefonie była przydatna. Usiadłam pod drzewem i po prostu siedziałam. Po chwili usłyszałam jak pod stopami pękają gałązki. Caspar. Kiedy usiadł pod tym samym drzewem spojrzałam na niego. Ale to nie był on. To był chłopak z granatowym plecakiem. Patrzyłam na niego przestraszonym wzrokiem. Wiem jak to wyglądała. Dziewczyna siedząca pod drzewem w lesie.
- William - odezwał się - Clover, prawda? To my mamy uratować świat - przy słowach uratować świat zrobił palcami cudzysłów.
-A myślałam, że tylko ja zwariowałam. - William miał na sobie ciemne, granatowe dżinsy, czarny T-shirt, bordową bluzę i czarne adidasy pumy. Kasztanowe włosy, zielone oczy, mały nos i długie rzęsy. Boże, był taki przystojny, ale rozstanie z Harrym było zbyt bolesne i nie chciałam zakochiwać się w kolejnym wariacie, takim jak ja. Związki są do kitu, a miłość przereklamowana.
- Nie, nie tylko ty. - zaśmiał się i siedzieliśmy chwilę w milczeniu- Ile wytrzymałaś? - zapytał w końcu. Wiedziałam, że pyta ile informacji zdołałam przetrawić.
- Dotarłam do ,,tylko ty możesz siebie zabić’’, później uciekłam do domu.- na te słowa William się roześmiał. - A ty?
- Wierzysz, że tyle samo, co ty? Hej powiesz mi, czy jesteś tu dlatego, że w głębi serca. Gdzieś daleko, daleko w to wierzysz?
- Niestety tak. Uwierzyłam, kiedy zobaczyłam skrzydła.
- Na początku to do mnie nie docierało. Potrzebowałem dowodu i go dostałem. Dowiedziałem się dziś, a ty?
- Ja również. Szłam do domu i zobaczyłam, że mnie śledzi, a później goni. To było po południu, kiedy wracałam ze szkoły.
- Mnie dopadł, kiedy szedłem do szkoły, rano. Było tak samo. Najpierw mnie śledził, a później gonił, aż dotarłem tu, jak widać ty też.
- Później zaczęłam się zastanawiać. Przyszłam go tu szukać. Wcześniej powiedziałam wszystko po łebkach bratu. Pomyślał, że wymyśliłam to po to, aby nie wyjeżdżał na studia, a ja nigdy bym mu czegoś takiego nie zrobiła. To on się mną zajmuje. Dla moich rodziców jest ważniejsza praca. Och, przepraszam za dużo mówię.
- Nie ma sprawy. Mną zajmuje się tylko mama. Dba o mnie idealnie i moją młodszą siostrą, a ojciec... nie żyje. Miał wypadek samochodowy.
- Przykro mi z powodu twojego ojca. Wiem jak się czujesz. Ciesz się, że masz mamę, która cię kocha i spędza z tobą czas, ja się czuję jakbym nie miała rodziców. Widzę ich raz w tygodniu. Pracują czasami w domu, ale to tak jakby ich nie było. Z Brandonem nauczyliśmy się samodzielności. No i będę za nim tęsknić jak wyjedzie, ale będzie szczęśliwy.
- Tak mam szczęście, że trafiła mi się taka matka, a teraz sprawiam jej zawód uciekając z domu.
- Ja przynajmniej nic nie tracę. Rodziców nie obchodzę, a brat wyjedzie.
- Ale i tak na pewno będą się o ciebie martwić, tak jak moja matka o mnie.
- Witam Clover, Williamie. Nawet nie wiecie jak się cieszę, że was widzę… - pojawił się niespodziewanie Caspar.
- Nie ciesz się za bardzo. Chcemy wiedzieć wszystko od początku do końca i dopiero wtedy zastanowimy się, czy warto poświęcić na to nasz czas - powiedział William.
- Ależ oczywiście, ale może powinienem wam zacząć to wszystko opowiadać w odpowiednim miejscu?
Popatrzyliśmy z Williamem i wzruszyliśmy ramionami na znak, że się zgadzamy.
- A więc, ruszajmy - ucieszył się Caspar.