13 lutego 2016

Rozdział 10


- Dobrze. Nie to, że ci ulegam, ale martwię się, że znajdziesz jakiś chory sposób, aby się tam dostać i możliwe, że już się po tym nie pozbierasz.
- Mów!
- Spalone domy, powyrywane dachy, powybijane okna… idziesz i widzisz tylko to, ale dalej na końcu tego pobojowiska znajduję się ceglany mur, wielki pal drewna i kilka trzepaków – patrzyli już ze zgrozą, no ale sami tego chcieli, a ja zrobiłam dramatyczną pauzę – A pod murem po rozstrzelane przez srebrne pociski zwłoki, na trzepakach powieszeni na srebrnych linach mężczyźni, a do słupa przywiązane i zagazowane tlenkiem srebra kobiety i dzieci. Po całym placu są porozrzucane ich szczątki. Szczątki waszych ludzi. Sami sobie odpowiedzcie kto to zrobił, ale pytanie dlaczego? Zadajcie później. Kiedy staniecie im twarzą w twarz. I pomyślcie, czy nadal warto jest odtrącać pomoc – patrzyli na mnie, a szok jaki wywołałam nie schodził im z twarzy – Pójdę już.
- Poczekaj – odezwał się brunet.
- Nie, naprawdę się spieszę. Jutro. Może – powiedziałam i skierowałam się w stronę domku elfów.

Szłam i żałowałam, że zapytałam, czy byli w zniszczonej części. Ryan powinien im to pokazać. Ale im nie powiedział. Nie powiedział, co tam jest. Nawet zwłok nikt nie pochował. Oni wszyscy troszczą się o siebie. To znaczy wilki, o wilki, a elfy, o elfy, ale nie zabijają się nawzajem tak jak ludzie. Szłam dalej i nagle ktoś pociągnął mnie za ramie i prawie je wyrwał. Chciałam się skrzywić, ale moja duma na to nie pozwalała. Odwróciłam się i zobaczyłam Sabrinę, a za nią całą czwórkę.
- No weź pociągnęłam cię za to ramię naprawdę mocno, a ty nawet się nie skrzywisz? - uśmiechała się od ucha do ucha, nie myślałam, że po moim wyznaniu będzie się uśmiechać, nie myślałam, że potrafi. Ba! Ja nawet nie marzyłam, żeby uśmiechnęła się do mnie.
- Musisz poćwiczyć – poklepałam ją po ramieniu i roześmiałyśmy się z paradoksalności tego zdarzenia, a reszta do nas dołączyła.
- Gdzie się wybierasz? Możemy pokazać ci drogę – zaproponowała Amanda.
- Wybieram się do kwater elfów.
- Może cię odprowadzimy, bo już jest ciemno. Trochę się z nami zagadałaś – powiedział Max. Spojrzałam na słońce, właściwie na jego brak i ruszyłam przed siebie.
- Jak nie macie nic ciekawszego do roboty to chętnie – rzuciłam za siebie i ruszyliśmy, rozmawiając o moim świecie, o ich i wreszcie dotarliśmy pod kwatery elfów. Dostali naprawdę ładny domek i byłam z tego zadowolona. Pożegnałam się z wilkami i ruszyłam na poważną rozmowę z elfami. Nim zdążyłam dojść do drzwi, te już się otworzyły, a zza nich wyszedł Caspar, rozprawiając o czymś z Gabrielem.
- Cześć, Clover. Co tam? - zapytał Caspar i podszedł do mnie, a Gabriel szykował się już do odejścia.
- Nie! Gabrielu poczekaj, musimy porozmawiać. Całą trójką, czy nawet ósemką.
Przywódca elfów westchnął głęboko, bo wiedział, o czym to chciałam pomówić.
- A więc chodźmy.
Weszliśmy do środka. Ich domek nie różnił się bardzo od naszego. Wejście przez korytarz, a po lewej trzy sypialnie. Po prawej kuchnia, łazienka i schody. Natomiast u góry pewnie były pozostałe pokoje. W salonie siedział już Paul, Edward i Steven. Po schodach zaczął schodzić Mills, a z łazienki wyszedł Robert. Do naszej ekipy brakowało tylko Williama, ale on załatwiał jedzenie, później mu wszystko opowiem. Choć wiem, że będzie zły, że jako jedyny nie został wtajemniczony.
- Cześć mała i jak tam rozstrzygają się sprawy z pieskami? - spytał Paul, rozwalając się na kanapie.
- Chyba dość słabo - odpowiedziałam i usiadłam na krześle przy stole, to samo zrobił Caspar i Mills. Gabriel zesztywniał i z Robertem stał przy wejściu do pokoju.
- Nie mam pomysłu, co zrobić. Jutro o zachodzie słońca nas tu nie powinno być. Dziś już nic ciekawego nie osiągniemy, musimy poczekać do jutra i... mieć tylko nadzieję, że jednak nam się uda. Teraz musimy zaplanować jak dojść do terytorium zmiennokształtnych. 
- Zmiennokształtni, to kolejny punkt wycieczki? - zapytał, Caspar.
- Tak, coś z nim nie tak?
- Szczerze mówiąc to nie. Jeden z tych lepszych. Shane, to bardzo rozsądny zmienny, ale woli iść za tłumem. Jestem przekonany, że jak wilki nas posłuchają zgodzi się bez problemu. 
- Jeśli wilki się zgodzą - dodał Mills.
- Jak się zgodzą - powtórzyłam wyraźnie - to uważam w takim razie, że nie będzie potrzeby, abyście wybierali się z nami wszyscy. Pójdą z nami Gabriel, Caspar i Paul. Następnie weźmiemy ze sobą kilku wilków. Reszta z was uda się z powrotem do obozu elfów. - Widząc ich skołowane miny, dodałam - Jeśli się nie uda zapomnimy, że w ogóle tu przyszliśmy i ruszymy prosto do zmiennokształtnych, nie patrząc wstecz.
- Więc to mamy ustalone - usiadł wreszcie Gabriel.
- Tak, to jest już omówione, a teraz została nam do obgadania druga sprawa.
- Jaka? 
- Ta wielka bitwa, o której nikt mnie nie powiadomił - cisza zapadła w pokoju - No, mówcie, że!
- Nic ciekawego - odpowiedział Robert, a ja wybuchnęłam śmiechem.
- Nic ciekawego?! Jak bitwa, przez którą wilkołaki mają inne rasy w dupie, nie jest ważna! 
- Powiedzmy jej - odezwał się Edward. Po jakiejś dobrej minucie zaczął opowiadać Gabriel.
- Sto lat temu, wszyscy byliśmy zjednoczeni. Wszyscy tworzyliśmy wielkie królestwo. Malcolm, nasz władca i jego żona Florencia, byli najlepszą parą królewską jaka rządziła w historii tego świata. Malcolm był wampirem, tak samo ja Florencia. Ich zamek, albo jego ruiny, nie wiem, bo nie byłem tam sto lat, znajduję się blisko obozu wampirów. Król był przywódca wampirów. Pewnego dnia na wyprawie, którą odbywał co miesiąc po każdym z obozów, sprawdzając, czy nikomu niczego nie potrzeba został zaatakowany. Nie konkretnie on, tylko jego strażnicy, żaden nie pozostał przy życiu. Przeciwnik pojawił się i zniknął tak szybko, że nawet Malcolm nie miał szans go zobaczyć. Został sam. Biegł z nadnaturalną prędkością ciemnym lasem bez ochrony. Chciał jak najszybciej wrócić do żony i swoich ludzi, ale na swojej drodze spotkał młodą kobietę leżącą na ziemi. Chętny do pomocy pociągnął ją za ramię i obrócił na plecy. Miała czarną długą suknię, takie same włosy i szkarłatne oczy. W jednej sekundzie powaliła Malcolma na ziemię. Zaczarowała go. Opętała jego umysł i dała demoniczną moc. Jego wielka dobroć zamieniła się w wielkie zło. Kobieta była demonem i z Malcolma też zrobiła po części demona, dała mu dar przejmowania moc innych stworzeń i zmiany ich toku myślenia. Obok niego jak z powietrza powstało sto kreatur zwanych zori, które miały wraz z Malcolmem przejąć moce każdego gatunku. Tak, więc robili. Podróżowali z obozu do obozu, wzmacniając się i zabijając inne stworzenia. W ciągu tygodnia doszło do bitwy. Między wilkołakami, elfami, zmiennokształtnymi, wampirami, a zori. Na których czele stał Malcolm. Straty były katastrofalne. Z trzech tysięcy elfów zostało sześćset itd. Na polu walki zostało najwięcej wilkołaków, którzy walczyli do ostatniej kropli krwi. Natomiast my uciekliśmy, zostawiliśmy ich samych. Może gdybyśmy zostali wynik tego starcia byłby inny. Po naszej ucieczce zostało tylko trzystu wilkołaków z pięciu tysięcy. A czarownice? Nawet nie wiemy, czy miały jakikolwiek wkład w tą porażkę, czy poniosły jakieś straty? Wiemy tylko tyle, że zori nie otrzymały ich mocy, ale czy dlatego, że nigdy ich nie odnaleźli, czy nie próbowały ich użyć i za to zginęły. A Malcolm? Ciągle żyje, osobiście zabił Florencie. Tylko, że tak naprawdę nasz król odszedł już od czasu kiedy spotkał kobietę o czarnych włosach i szkarłatnych oczach. Odszedł kiedy zmienił się w zori.
                     
                                                                           ***

- O, cholera! - krzyknął William.
Właśnie urządził mi pogadankę o tym, że już chciał zacząć mnie szukać, bo tak się o mnie martwił. Odprowadził mnie do domu Caspar i chociaż nie rozmawialiśmy w drodze do domu, to byłam mu wdzięczna za to milczenie, potrzebowałam chwili samotności z kimś u boku. Teraz opowiadałam Williamowi, o tym wszystkim, co się wydarzyło i o czym się dowiedziałam.
- No, nie? Masakra.
- Dlaczego, nie zabrałaś mnie ze sobą?! Nie ukrywaj więcej nic przede mną, Clover - przytrzymał mnie za ramiona i patrzył głęboko w oczy.
- Dobrze - spojrzenie w oczach złagodniało i teraz patrzył na mnie z troską, tak jak Brandon na mnie, gdy musiał po jakiejś większej aferze zawozić mnie do szpitala. 

- Złamana - powiedział lekarz, kiedy zakończył prześwietlenie ręki. To było pewnej nocy w barze, gdzie wraz ze znajomymi poszliśmy na piwo. To znaczy byłam tam ja i druga laska, która obściskiwała się z Ronem, miała na imię Pige. Znałyśmy się słabo, bo Ron, co chwilę miał inną dziewczynę na wieczór. Stanowiliśmy stałą paczkę ja, Ron, Monster i Sam. Zerwaliśmy kontakt, gdy Monster i Ron trafili do poprawczaka, tak naprawdę to ja i Sam też prawie tam trafiliśmy, ale to już inna historia. Tego wieczora Pige się upiła i w klubie spotkała swojego byłego, który zrobił awanturę Ronowi i wyrwał dziewczynę z jego rąk. Ten się wkurzył i już chciał pokazać temu drugiemu, że nie warto z nim zadzierać, ale Monster powstrzymał przyjaciela. Ron powiedział, żeby tamten wypieprzał i zabrał Pige ze sobą, tak zrobił. Wychodząc z baru całkiem trzeźwi, zobaczyliśmy, że ktoś rozwala samochód Rona. Wandali było pięciu. Monster i Ron rzucili się na nich, a my z Samem czekaliśmy na rozwój akcji.
- Co ty, do diabła robisz z moim samochodem?! - chwycił za ramię jednego z nich i odepchnął od pojazdu. Reszta jego koleżków przerwała to, co robiła przed chwilą i zaczęła się głośno śmiać. W tym momencie rozpoczęła się bójka. Ron i Monster, zaczęli atakować, a te typki nie były im dłużne. Sam i ja też wkroczyliśmy do akcji. Monster nauczył mnie kilku chwytów, a także uników. Unikałam ciosów i je zadawałam. Na moje nieszczęście zatrzymałam się, żeby zobaczyć jak idzie chłopakom. Sam przytrzymywał twarz zbira do ziemi, a ręce skrępował mu za plecami. Ron powalił jednego na ziemię, a drugi już na niej leżał. Monster walczył jeszcze chwilę ze swoim przeciwnikiem, ale wiadome już było, że za chwilę z nim skończy. Gdy wróciłam do swojego rywala ten chwycił mnie za nadgarstek i wykręcił rękę, słyszałam jak pęka mi kość i rozpływający się po niej ból. Chłopak z uśmiechem na twarzy odsunął się o krok by dokończyć swoje dzieło, lecz ja byłam za bardzo wściekła i przywaliłam mu w skroń ze zdrowej ręki. Padł na ziemię jak długi. Wiedziałam, że żyje i jest tylko nie przytomny. Sam znalazł się szybko przy mnie. Chwycił za rękę, a ja skrzywiłam się z bólu. Wsadził mnie do swojego Audi i zawiózł do szpitala, dzwoniąc po drodze do Brandona. Ten przyjechał natychmiast. Był wkurzony, zmartwiony i zaniepokojony. Powiedziałam Brandonowi, co się stało, bo po co niby miałam kłamać? Na jego twarzy malował się zawód, ale też poniekąd duma, lecz przeważyła troska o mnie, tak właśnie teraz patrzył na mnie Will.
- Jesteś niemożliwa - teraz był wkurzony - Spać! - Złapał mnie za ramię i wciągnął do pokoju, następnie powalił na łóżko. Zaczęłam się głośno śmiać, a on spojrzał na mnie spode łba. I nagle przestałam się śmiać, a on uśmiechnął się triumfalnie i wyszedł z pokoju. Zmęczenie przejęło nade mną górę i po chwili już spałam.

Nagle wstałam, tak bez powodu. Spojrzałam za okno było jeszcze ciemno. Niemożliwe, żebym obudziła się w środku nocy z własnej woli, ale tak właśnie było. Wstałam z łóżka, bo miałam złe przeczucia. Czułam się... otoczona, ale w pokoju nikogo nie było, tak samo na dworze. Jednak intuicja wzięła górę nad rozsądkiem, więc założyłam buty i ruszyłam do pokoju Williama. Spał. Wyglądał tak, uroczo. Nie chrapał, nie sapał, nawet nie miał otwartej buzi. Tylko po zamkniętych oczach i miarowym oddechu można było stwierdzić, że śpi. Podeszłam do niego z ciężkim sercem, że przerwę mu odpoczynek ze względu na moje fanaberie, ale kazał mi mówić o wszystkim, a złe przeczucia zwykle się sprawdzają. 
- William - szepnęłam i potrząsnęłam jego ramieniem, odwrócił się tylko na drugi bok - William - powiedziałam głośniej, zaczął mamrotać coś pod nosem - William! - krzyknęłam, a on poderwał się gwałtownie z łóżka i zderzyliśmy się czołami. 
- Clover? Co się dzieję? - zapytał masując czoło.
- Czuję, że... ktoś nas obserwuje. No nie, do końca nas, tylko obóz. Ale to tylko przeczucie.
- Przeczucie trzeba zawsze sprawdzić - wstał z łóżka i założył buty. - No chodź obudzimy paru elfów i kilka wilków.
Biegliśmy do domu Ryana, ten usłyszał pewnie nasze kroki, bo drzwi jego mieszkania otworzyły się z hukiem i wypadł ze środka.
- Coś się stało? - spytał z niepokojem. 
- Wydaję mi się, że ktoś obserwuję obóz - powiedziałam. Zastanowił się chwilę, po czym odpowiedział.
- Nikogo nie wyczuwam, ale lepiej to sprawdzić. - Zawył głośno i po kilku sekundach, obok nas stało ośmiu wilkołaków. - Idźcie na granice. Clover, wydaję się, że ktoś nas obserwuję. Zbierzcie wszystkich wojowników i bądźcie gotowi. Może to fałszywy alarm, ale lepiej to sprawdzić.
- Tak jest - i tak szybko jak się pojawili, tak szybko ich nie było. 
- Co z resztą? - zapytał Will.
- Schowają się, usłyszeli alarm. Pierwszy raz go wywołałem.
- Przecież zdarzały się wam ataki zori, to czemu nie używaliście go wcześniej?
- Bo nigdy nie byliśmy na nie przygotowani. Te ataki są nagłe i nieprzewidywalne. - w tym o to momencie pojawiło się siedmiu elfów, Gabriel patrząc na nas i na Ryna przeczytał nasze myśli i zapytał. 
- Jak możemy pomóc?
- Nijak. Idźcie się schować albo uciekajcie - warknął Ryan.
- Nie tym razem, Ryanie. - zaskoczony wilkołak wzruszył ramionami i powiedział.
- Poobserwujcie okolicę z góry. Będziecie mogli szybko się wycofać w razie potrzeby - elf zignorował ten przytyk i rozkazał swoim.
- Robert i Mills na zachód, Edward i Paul na wschód, Steven południe, a ja i Caspar lecimy na północ.- wzbili się w powietrze, a Gabriel z Casparem zostali i spojrzeli na nas - Wy się ukryjcie. - Przewróciłam oczami i czekałam, aż odlecą. Dopiero wtedy spojrzeliśmy na Ryana. 
- Gdzie mamy iść - zapytał Will, a Ryan spojrzał na nas wrogo.
- Nigdzie, schować się. Jesteście zbyt ważni. Pierwszy raz zgadzam się z tym elfem i... - nie dokończył, bo w tym o to momencie pojawił się przy nas Lucas.
- Szykują się do ataku. Elfy wypatrzyły ich z góry. Czekamy na ich atak, nie spodziewają się tego - oczy pałały mu radością z walki - Ryanie, jesteśmy pierwszy raz przygotowani na ich ruch! - przywódca uśmiechnął się do nas z wdzięcznością.
- To dzięki wam. Ale już was nie widzę. Schowajcie się! - rozkazał i z Lucasem ruszyli na północ.
- To, co teraz mówi twoje przeczucie? 
- Plac główny.
 - No to, to jest nasz cel, ruszamy. - wolniej niż reszta, ale po kilku minutach byliśmy już na placu głównym. 
Staliśmy ukryci w cieniu, gdy nagle na ziemi wylądowało kilkunastu zori. Wyglądali jak ludzie, nie dziwie się, że na początku wszyscy się mylą. 
- Słyszę coś -powiedział jeden z nich, a tarcza William była już w pogotowiu. Nasz plan był prosty. Spalić. Trzymałam w ręku zapalniczkę, Willa. Zapytałam, czy jest nałogowym palaczem, ale on powiedział, że nie i że zawsze czuję się lepiej z zapalniczką w kieszeni. Skomplikowany człowiek. Wokół placu porozrzucaliśmy patyki i śmieci. Wszystko to polaliśmy benzyną. Nie pytajcie mnie nawet, po co wilkołakom benzyna, ale mieli ją w spiżarni siedziby głównej. Gdy zobaczyliśmy, że wszyscy ustali w pułapce. Chwyciłam kawałek taśmy izolacyjnej, którą miałam przyklejoną do palca. Nacisnęłam szybko na włącznik zapalniczki i zakleiłam taśmą. Następnie rzuciłam przed siebie i szybko się odsunęliśmy widząc jak w sekundę wszystkie zori zajmują się ogniem. Przybyły kolejne, stojąc z dal od ognia. Cały czas w ukryciu patrzyliśmy na tą scenę. Wściekły ryk jednego z nich, ogłuszył nas. Nadciągnęły wilki i elfy. Rozprawiając się z ostatnimi kreaturami. Coś po chwili uderzyło w tarczę. Zaskoczony Will, opuścił ją i od razu padł na ziemię. Chwyciłam żelazny pręt i przebiłam się przez plecy zori, który go zaatakował. Ten padł martwy na Williama. Zrzucił go z siebie jednym ruchem i chwycił drugi żelazny pręt. Wtedy okrążyło nas sześciu zori. Zaczęła się walka. Sara zjawiła się u naszego boku i wyrywała po kolei serca każdemu z nich. Dziwne widok tego mnie nie przeraził. Ba! Nawet zadowolił. Zero wyrzutów sumienia za zabicie, tych istot. Do Sary dołączył Edward i dwóch innych wilkołaków, my z Williamem, nie zostawaliśmy w tyle. Każdy zadawany cios zori, dodawał mi energii. Po akcji pod pubem, Ron nie oszczędzał mi lekcji do czasu, gdy nie wpakował się w to gówno i nie trafił do poprawczaka. Zdyszana upadłam na kolana, a Sara poklepała mnie z uśmiechem po ramieniu. Will oparł się o pręt, a wilki patrzyły z zadowoleniem na wynik starcia. Nie pozostało już nikogo, żadnego...
- Paul! - krzyczał, Mills. Po mimo zmęczenia ruszyłam do Paula. Reszta zrobiła to samo.
- Coś ty zrobił matole?! - wrzeszczał, Lucas. Obok Ryan wyrwał serce ostatniego zori. Wokoło zaczęły zbierać się wilkołaki. Kobiety, dzieci, mężczyźni, wszyscy. Sara uklękła przy leżącym we krwi Lucasie. Był wściekły i... poruszony.
- Uratowałem ci życie - sapnął Paul. Gabriel klepał go po ramieniu, cały we krwi i załamany patrzył na elfa.  Spojrzałam na swój strój i stwierdziłam, ze nie różnię się od innych. Ubranie we krwi, zadrapania na ręce, przyłożyłam rękę do czoła i stwierdziłam, że moja twarz wygląda tragicznie. Czułam, że łuk brwiowy jest przecięty, a kości policzkowe w siniakach. Ręce w zadrapaniach i skóra zdarta z kostek. Wszystko to bolało, jak diabli, ale starałam się nie koncentrować na bólu, tylko na tym, co działo się przede mną.
- Poradziłbym sobie! - warknął wilkołak. Nie rozumiałam, dlaczego był taki wściekły. Spojrzałam na Paula i zamarłam.
 Paul miał wyrwane jedno skrzydło.
 Z tego, co wiem elf bez skrzydła, to jak książka bez kartek. Jest to upokorzenie dla niego. Skrzydła są dla nich jedną z najcenniejszych rzeczy jakie mogą być. Pobiegłam do Paula, spojrzałam na jego plecy z jednym skrzydłem. To, które trzymał w ręku zaczęło szarzeć. 
- O nie, Paul! Jak to się stało? - zapytałam. 
- Lucasa zaatakował jeden z zori, schował się w cieniu, więc nie miał szansy go zobaczyć. Miał w ręku srebrny nóż. Paul zareagował szybko i rzucił się na niego ten zamachnął się i odciął... skrzydło, Paula. - powiedział Ryan z podziwem.
- I teraz zamiast podziękowań, rzucania się na szyję zostałem wyzwany od matołów. Niech to do ciebie dotrze Lucas, że jeszcze chwila i ten nóż wylądował by w twoim sercu.
Lucas wstał, Paul również. Ustali na przeciwko siebie i Lucas wysunął rękę do Paula ten ją przyjął i zetknęli się ramionami.
- Dziękuję - powiedział, .
- Powiedziałbym, ze nie ma za co, ale jest - uśmiechnął się elf. Stracił skrzydło, swoją dumę, ale nie poczucie humoru. Jedna wilczyca ruszyła do Paula.
- Nic nie możemy zrobić? Przyszyć? Nie umiecie tego naprawić? - pytała, a w tłumie rozległy się pomruki poparcia dla tego wniosku.
- Niestety, gdy elf traci skrzydło już nie może go odzyskać.- rzekł smutno, Gabriel - Paul był tego świadomy, ale i tak zaryzykował.
- Wydaję mi się, że to był ten znak - odparłam i wstałam - Przyszedł czas, abyśmy wyjaśnili po co tu przybyliśmy - dramatyczna pauza -  Chcemy zjednoczenia. Dawniej wszystkie rasy takie były. Zjednoczone. Zmieniło się to, przez zori. Baliście się śmierci, nieznanego i straty. Zostaliście opuszczeni, przez wszystkich innych. Nie ufaliście nikomu, ale uważam, że teraz możecie. Elfy wiedzą już, inni też. Sami nie pokonamy zori. Zostało nam tylko jedno pogodzić się ze stratą bliskich, życia, wszystkiego albo przyjąć to wszystko. Musimy zbudować fundamenty zaufania na nowo. Osobno nikogo nie pokonamy. A razem? Będziecie czekać tu na śmierć? Chcecie umrzeć za nic? Bo ja, bym nigdy nie chciała umrzeć bez powodu, wolę za coś niż za nic. Ale, czy musicie ginąć? Dziś pokazaliśmy wam, że można zaufać innym gatunkom, na nowo. Może warto spróbować? Uda nam się razem. Nie czekajmy na ruch zori, my zróbmy go pierwsi, bo to jest ich plan rozdzielić was i powybijać każdego z osobna, ale czy dadzą radę wszystkich naraz? Wygrajmy razem lub przegrajmy razem, ale walczmy, bo warto! Walczmy o wolność, a nie o przetrwanie. Czas przyjąć prawdę. Pomóżmy sobie na wzajem. To wasz świat. Tak po prostu chcecie go oddać? Bo na razie to robicie, oddajecie go po kawałeczku wrogowi. Zori wygrywają, bo nie walczą osobno, tylko są razem. Więc, co wy na to?

Ashley xxx


Dzięko za pierwsze 1000 wyświetleń. Super że jesteście z nami! 
Mery xo

6 lutego 2016

Rozdział 9

- Caspar ostrzegał, że tak będzie – powiedział mimo wszystko, Will.
- Chwila. Powiedziałeś Caspar? Znacie tego elfa – zapytała kobieta.
- Co cię to obchodzi, Sara? Znają, nie znają żadna różnica. Zaraz i tak skończą swoje marne życie – powiedział inny, lecz Sara nie była przekonana i przestała nas okrążać. Cztery inne wilki, zrobiły to samo. Stali i patrzyli.
- Daj spokój, Lucas. Ta dziewczyna wygląda jakby miała zaraz zemdleć. Gdyby to byli zori już dawno zaczęli by nas atakować, a poza tym jest ich tylko dwóch – punkt dla, Cloe – Uważasz, że...
- Sara! Powiedz mi, co to jest jeśli nie zori?
- Jesteśmy ludźmi! - wtrąciłam się – Chcemy tylko porozmawiać z Ryanem.
- Tak, a my jesteśmy dobrymi wróżkami – warknął Lucas.
- Daj spokój, Cloe. Oni nam nie wierzą – powiedział, Will.
- Nie słyszysz? - zignorowałam komentarz Williama – Biją nam serca i oddychamy.
Teraz wszyscy tylko stali i się na nas gapili.
- Nic nie słyszę przez tą waszą gównianą tarczę – powiedział Lucas, zaskoczony. Był tylko jeden sposób, aby im udowodnić kim jesteśmy.
- Will? Opuść tarczę.
- Oszalałaś?! - na twarzy Lucasa pojawił się uśmieszek satysfakcji.
- Nie pokażemy im kim jesteśmy, jeśli będziemy się kryć.
William jeszcze chwilę się zastanawiał, a po chwili westchnął przeciągle. Podeszłam bliżej Sary, która się tylko uśmiechała, jako jedyna. Gdy tylko tarcza opadła, Lucas naprężył mięśnie. Wsłuchiwali się jeszcze chwilę dla pewności. Sara się roześmiała.
- Naprawdę jesteście ludźmi! - krzyknęła.
- Czego tu szukacie? - zapytał zupełnie innym tonem, wilkołak.
- Szukamy, Ryana. To on jest waszym przywódcą?
- Tak, to on. - odpowiedział ciepło inny wilk – Lucasie, może zawołasz innych? 
- Tak, racja – zawył głośno – Zaraz tu będą.
- Jak macie na imię? - spytała, Sara.
- Ja jestem Clover, a to jest William i... - nie dokończyłam, bo chwilę później ktoś powalił Williama na ziemię. Sara od razu rzuciła się na przeciwnika mojego towarzysza i jednym ruchem odtrąciła go przewracając teraz jego na ziemię. Wilkołak warknął i znów chciał się rzucić do ataku, ale Sara była teraz przygotowana i przytrzymała kolegę. Podbiegłam do Williama i pomogłam mu wstać. Trzymał się mocno za klatkę piersiową, ale nie okazywał na twarzy bólu. Jedynie w oczach można było dostrzec złość.
- Ludzie – szepnął wilk, który stał pośrodku zbiegowiska.
- To jest, Ryan – szepnęła, Sara. Wysoki mężczyzna. Blond włosy i niebieskie oczy. 
- Ryanie? Jestem Clover, a to mój towarzysz William. Wiem, że to bardzo nie na miejscu, ale czy nasi przyjaciele, mogli by wkroczyć na wasz teren? Bardzo się o nas martwią i wolelibyśmy, żeby wiedzieli, że nic nam nie jest.
- Jak znaleźliście się w naszym świecie? Czego chcecie? Tak, wyrażam zgodę na wstęp waszych przyjaciół na nasz teren.
William popatrzył na mnie i gwizdnął przeciągle. Po dziesięciu sekundach (liczyłam, bo chciałam ich sprawdzić) nadleciało siedem elfów, które ustały po naszych bokach.
- Elfy – syknął wilkołak. Ryan uciszył go podnosząc w górę otwartą dłoń i powiedział.
- Nie powiem, że wielkie to dla mnie jest zaskoczenie, że przed moimi oczami stoi siedem elfów. Towarzyszycie tym ludziom?
- Widzisz nie chcemy, żeby twoje psy rozerwały ich na strzępy – rzucił pogardliwie Paul.
Sara syknęła cicho, ale szybko się opamiętała.
- Paul! - skarcił go Gabriel – Nie przyszliśmy się tu obrażać. Ryanie? Zastanawiam się, czy już wiesz dlaczego stoją przed wami ludzie?
Ryan, zbladł jak ściana i wydusił w końcu:
- Nie może być – wszyscy patrzyli to na niego to na nas nic nie rozumiejąc – Proroctwo kłamało. Dawno zostało to ustalone. Mieliśmy już dawno o nim zapomnieć! Nie wiem, co ty kombinujesz Gabrielu, ale jeśli to tylko marny żart to osobiście wyrwę ci skrzydła!
- Ryanie, proszę. Porozmawiajmy spokojnie. To nie są żadne moje sztuczki. Przed wami stoją ludzie. Nie żadne kreatury. To oni wypełnią przepowiednię, która pojawiła się w księdze proroctwa już wieki temu.- Przywódca wilków chwilowo oceniał sytuację, aż w końcu się odezwał.
- Masz rację. Słyszę jak krew płynie w ich żyłach i słyszę jak biorą miarowo oddech. Widziałem nie jednego człowieka w swoim życiu, ale nie mogę uwierzyć, że widzę ich tu w naszym świecie.
- Żaden zwykły człowiek, nie ma tu wstępu.
- Przepraszam za moją niesubordynację. Może przejdziemy się do obozu? Tam porozmawiamy.
- Dobry pomysł. Chodźmy.
Szłam obok Sary, razem z Willem. Nikt nie zadawał pytań, szliśmy w milczeniu. Wszystkie wilkołaki, które nas otoczyły dawno odeszły. Teraz szła tylko nasza dziewiątka, Ryan, Sara i Lucas. Stąd do terytorium zabudowanego, nie było daleko. Obóz wyglądał, tak samo jak obóz elfów. Normalne osiedle, ze zniszczonymi domami.
Doszliśmy na główny plac, gdzie tłoczyły się już wilkołaki, które rzucały nam pogardliwe spojrzenia. Wielu z nich miało blizny (zapewne od srebra), na twarzy i rękach. Sara rzuciła mi uspokajające spojrzenie i uśmiechnęła się. Nie odwzajemniłam uśmiechu, bo miałam złe przeczucia. Rzuciłam jeszcze raz okiem na wilkołaki, które stały i szeptały między sobą. Nikt nie wiedział, o co chodzi. Byli zaniepokojeni, już wiedziałam, że na razie jesteśmy na dnie. Szybko ich nie przekonamy o naszej racji. Podbiegłam do Caspara.
- Oni nam nie uwierzą – szepnęłam. Zrobił zdziwioną minę.
- Ale...
- Nie. Nieważne, co powiem. Nikt nam nie uwierzy. - podszedł do nas, Gabriel.
- Dlaczego? - zapytał, a ja westchnęłam.
- Gdy dotarliśmy do obozu elfów czułam, że wszyscy są otwarci na sukces. Oni myślą, że już przegrali i niedługo wszyscy zginą. Moje słowa nic tu nie zdziałają. Musieli bardzo dawno temu zawieść się na innych rasach. Walczą tylko dla siebie. Tu potrzebne są czyny, wielkie i prawdziwe. To nie mogą być zwykłe, puste obietnice. Oni chcą dowodu, że jesteśmy z nimi, ale nie w słowach.
-Ta mała ma rację. - odezwał się Ryan. Stał za nami, a ja mimowolnie podskoczyłam. On na to się tylko cicho się roześmiał – Opowiadaliście im o tym, jak wszystkie inne rasy pozostawiły nas w środku bitwy? - cisza zapadła – Najwyraźniej, nie. Cloe, jeśli nikt nie opowiedział ci o tym dramatycznym zdarzeniu, które miało miejsce kilkaset lat temu to skąd wyciągasz takie słuszne wnioski?
- Widzę to. – przywódca wilkołaków, podniósł brwi do góry – Patrzę w ich oczy i widzę pustkę. Widać, że są nieszczęśliwi. Tyle lat walki, strachu, śmierci bliskich wyniszczyło was od środka. Mogliście tego uniknąć, ale gdy tylko zobaczyli jakie masowe ilości zori was atakują stracili nadzieję na to, że ktoś może wam pomóc. Wnioskuję, że jesteście ostrożni, co do zawierania sojuszy, prawda?
- Tak, bardzo.
-Wiem, że nieważne, co obiecam, czy powiem, żeby pokazać wam, że już nie jesteście sami, i że macie nas potrzebna jest okazja, której na pewno nie zmarnujemy.
- Ufam ci.
- Co?
- Jesteś jedyną osobą z innej rasy niż moja, której ufam.
- Dzięki. Nie zmarnuję twojego zaufania. 
- Liczę na to – uśmiechnęłam się.
- No to, Clover. Chyba nic tu po nas. Okazja, o której mówisz może zdarzyć się za kilka lat, do tego czasu musimy pokazać innym, że chcemy sojuszu.
- Nie. Czuję, że już nie długo. Udowodnimy wam, pod wpływem czystej chęci, że jesteśmy z wami. Czy możemy pozostać na waszym terenie przez dwa dni, jeśli już nic nie będziemy mogli zrobić, odejdziemy i więcej nas nie zobaczycie.
Ryan, zastanawiał się przez chwilę, a następnie rzekł:
- Dwa dni. Zgadzam się. Tylko niech twoi przyjaciele nie próbują żadnych sztuczek, które mogą nam zaszkodzić.
- Dopilnuję tego.
- Dwa dni z siedmioma wróżkami. Chyba tego nie przeżyję - jęknął Lucas, a Sara uderzyła go łokciem w żebra.
- Daj spokój. Cloe, nie uwierzysz, ale nigdy Ryan nie pozwolił mi odwiedzić waszego świata. Proszę opowiesz mi o nim?
- Nic nie straciłaś – powiedział William.
- Dobrze. Na pewno jesteście bardzo zmęczeni. Sara i Lucas zaprowadzą was wszystkich do wolnych kwater.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy – powiedział to takim tonem, jakby właśnie wypowiedział największe kłamstwo w życiu i zaczął już odchodzić.
- No to chodźmy – powiedział radośnie, Sara.
Poszliśmy najpierw do kwater elfów, bo chciałam zobaczyć, czy na pewno nie zabiją się podczas naszej nieobecności. Chwilę jeszcze opowiadałam wilkołaczycy o naszym świecie, była zachwycona, do czasu gdy William nie wspomniał o wadach i wszystko popsuł. Typu handel narkotykami, płatni mordercy, choroby, wojny, spory polityczne, itd. Nawet Lucas wydawał się zainteresowany.
- No to do jutra. Razem z Lucasem przyjdziemy po was rano i pokażemy wam cały obóz. Co wy na to? - zapytał Sara.
- W porządku.
- Tylko żadnych wróżek – dodał Lucas, a jego towarzyszka dała mu kuksańca w bok i to chyba dość mocnego, bo lekko się skrzywił.
- To znaczy, jeśli chcecie...- widać, że ona też nie chciała spędzać czasu z elfami, więc szybko dodałam:
- Oni pewnie będą zajmować się, czymś innym i sądzę, że nie chcieliby zwiedzać.
- Jestem za – powiedział William, a Sarze prawie nie dostała zawału na myśl o tym, że spędzi cały dzień z ludźmi.
- To do jutra. Dobranoc.
- Dobranoc – powiedział Lucas i chyba się do nas przekonał, bo pokiwał do nas nawet ręką.
- No, całe dwa dni na zrobienie wyjątkowego czynu. Jeśli ich nie przekonamy... będzie źle, delikatnie mówiąc.
- Jutro, o tym porozmawiamy. Teraz jestem bardzo zmęczona, a mój mózg przestaje pracować.
- Dobranoc.
- Do jutra.
Rozeszliśmy się do swoich pokoi. Jak mamy pokazać wilkołakom, że elfy są przyjaciółmi w dwa dni?! Co ja najlepszego zrobiłam?
Ach, tak słuchałam swego daru, który krzyczał, że osiągniemy niemożliwe.


Wstaję z ziemi. Chwytam pierwsze, co mam pod ręką. Miecz. Wiem jak się nim posługiwać. Chwytam go do ręki i atakuję...ludzi. Nie, to nie są ludzie to zori. Biegnę przed siebie. Wokoło pełno krwi. Podnoszę rękę, aby wytrzeć pot z czoła, ale wycieram krew. Czerwoną, gęstą krew. Moje poharatane policzki i rozcięty łuk brwiowy dają po sobie siwe znaki.
Wszędzie leżą zwłoki. Martwe ciała, a wśród nich Gabriel, Caspar i...William? Nie, to nie możliwe. Kiedy to się stało? Podbiegam do martwego, Williama. Łzy leciały mi po policzkach, ale nie są bezbarwne, są...czarne. Odrzucam ciało i podnoszę się przestraszona. Patrzę, że kilka metrów dalej tysiące zori radują się ze zwycięstwa. Podchodzi do mnie jeden z nich. Wiem, że zaraz mnie zabiję i dobrze. Zawiodłam. Zawiodłam wszystkich. Nikt nie żyje. To przeze mnie. Ta nędzna kreatura jest już coraz bliżej, ale nie wyciąga miecza. Osuwam się na kolana. On stoi i mówi:
- Dobrze się spisałaś, Clover. Dzięki tobie pokonaliśmy, te zwykłe dziwadła. Przyszedł czas hybryd. Chodźmy świętować.
Zamiast krzyczeć, walczyć, czy płakać, odpowiadam:
- Dobrze. Cieszę się, że jest to już za nami. Zacznijmy nowe rządy.

- Cloe? Obudź się! Clover! - krzyczał, William.
- Co się stało? Tyle krwi. Zwłoki. William, ty żyjesz? - pytałam jak jakaś wariatka. Teraz zrozumiałam, że to był sen.
- Spokojnie to tylko sen. Wszystko w porządku. Nic się nie stało – przytulił mnie i gładził po włosach. Odsunęłam się od niego.
- Przepraszam. Zły sen. Nigdy ich nie miałam.
- Przybiegłem, bo zaczęłaś krzyczeć. Co ci się śniło?
- To było okropne. Byłam, to znaczy... nieważne. To był zwykły koszmar. Która godzina? - patrzył na mnie nie pewnie, ale odpowiedział.
- Około szóstej. Na pewno wszystko OK?
- Tak, serio. Jest super. Wiesz może gdzie w tym przytulnym domku jest łazienka?
- Tak rozgryzłem system, wczoraj wieczorem. Prosto i na prawo. Jeśli jesteś głodna, to mają nawet tutaj kuchnię, więc może zrobię coś do jedzenia?
- Świetny plan, zaraz wracam.
Gorąca kąpiel, dodała nowych sił. Uczesałam włosy w luźny kok i zeszłam na śniadanie. Ale nie mogłam zapomnieć o śnie był zbyt realny, był jak wspomnienie, nie jak jakiś skok w przyszłość. 
- Voila – powiedział, Will i podał mi omlet na talerzu, kiedy weszłam do kuchni.
- Dziękuję. Tak sobie myślę, czy... - nie zdążyłam dokończyć, bo do kuchni wpadła Sara i Lucas.
- O widzę, że nie śpicie. Przynieśliśmy pączki, ale widzę, że sobie poradziliście. To super. Zjadajcie to szybko i ruszamy na wycieczkę – Sara tryskała energią, czego nie można powiedzieć o Lucasie.
- Kawa – powiedział rozmarzony i ruszył nalać sobie zaparzony napój do kubka.
- Lucas jest uzależniony od kofeiny – wyjaśniła Sara – bez niej jest jak chodzący zombie.
Lucas właśnie jednym łykiem wypił cały kubek kawy, a jego oczy od razu zaczęły mienić się żywszym blaskiem. Pełen energii, ruszył do pączków. Już zjadłam swój omlet, kiedy wilkołak się odezwał:
- Od czego zaczynamy? - zapytał jak nowo narodzony, po dostarczeniu kofeiny i cukru do krwi, mógł przenosić góry.
- Właśnie. Tak sobie pomyślałam, że pokażemy wam te niezniszczone budynki, a później przejdziemy do...
- Chcemy zobaczyć zniszczone budynki – powiedział stanowczo William, a ja przytaknęłam.
- Nie jestem pewna, czy jesteście na to gotowi – wilkołaki patrzyły na nas ze zdumieniem.
- Pewnie i nie, – powiedziałam – ale nigdy w pełni nie będziemy. Możemy sobie tylko wyobrażać jak to wygląda. Chcemy zobaczyć na własne oczy.
- No dobrze – zgodziła się niepewnie.
- Dobrze, ruszajmy.

Przeszliśmy kawałek drogi. Oczywiście nie ominęły nas groźne spojrzenia innych wilkołaków. Niektórzy byli wściekli, inni zaskoczeni, a jeszcze inni uśmiechali się do nas.
Starałam się nie zwracać uwagi na tą pierwszą grupę, ale niestety była ona najliczniejsza.
- Macie tu jekiś system obronny – spytałam, aby odwrócić swoją uwagę od nieprzyjemnych spojrzeń.
- Czego? - spytali zdziwieni.
- Techniki, która was zabezpiecza przed niebezpieczeństwem – wyjaśnił Will.
- Nie – odpowiedział Lucas – nigdy nawet, o czymś takim nie słyszeliśmy. Jak wygląda taki... system? – zapytał zaciekawiony.
- Może być nim na przykład alarm – ich miny, kazały mi to wyjaśnić – To takie elektroniczne urządzenie, które daje głośny dźwięk, gdy nie proszony gość wchodzi na posesję. On jest wam raczej niepotrzebny, bo macie nadludzki słuch, ale w naszym świecie jest najczęściej stosowaną metodą na włamywaczy. Gdy taka osoba przekroczy próg domu, zaczyna wyć i wysyła zawiadomienie na komisariat. Wtedy przyjeżdża policja i zabiera włamywacza do aresztu, gdzie czeka na proces.
- Wow – pisnęła, Sara – w waszym świecie jest wszystko takie... poukładane.
- Nie wydaje mi się. – zepsuł euforię dziewczyny, Will – Teraz, tacy złodzieje majsterkują przy alarmach i nie dają się tak łatwo złapać.
- Jak zawsze optymistycznie nastawiony do wszystkiego, co? 
- Fakt, ale są różne metody zabezpieczeń, ale myślę, że nie odporne na zori. -
Sara posmutniała, ale szła dalej.
Doszliśmy na miejsce.
Na tym pobojowisku nie było żywej duszy. Zobaczyłam minę
Sary i od razu powiedziałam:
- Na pewno chcecie tam iść, nie musicie, jeśli...
- Nie wchodźcie z nami. Widzę, że to dla was zbyt bolesne. Zostańcie tutaj, a my się rozejrzymy. Musimy to zobaczyć. Nie wiem, dlaczego, ale muszę zobaczyć na własne oczy.
Sara i Lucas potaknęli głowami i z ulgą oddalili się do nie zniszczonej części obozu.
Spojrzeliśmy na siebie z Williamem i ruszyliśmy ramię w ramię przez miejsce, w którego dobrym odpowiednikiem jest opuszczone piekło.
Z szeregowych domków, pozostały tylko ruiny. Ładne, niegdyś, budowle zamieniły się w czarne, spalone ruiny. Resztki dachów, leżały na ziemi lub jeszcze zwisały, czekając na mocniejszy podmóch wiatru. Okna były powybijane, spalone, podrapane pazurami. Trawy nie było nigdzie. Ogrodzenia leżały na ziemi, żadne się nie trzymało. Wszędzie było porozrzucane czarne jak węgiel kamienie. Na końcu pobojowiska został wyznaczony kamieniami wielki krąg, a na jego środku stał gruby pal drewna. Podeszliśmy bliżej. To nie wszystko. Ocalało jakieś dwadzieścia metrów muru i kilka trzepaków. Podchodziliśmy coraz bliżej i bliżej. Teraz zobaczyłam, że pod murami jest więcej czarnego kamienia... i przy palu drewna i... czarne jak węgiel kamienie zwisały z trzepaków. To, to nie były kamienie. Krzyknęłam, to były wilkołaki.
Powieszone ciała zwisały jeszcze z trzepaków. Srebrne sznury były zawiązane na ich gardłach, a martwe oczy patrzyły się w pustkę. Pod murem leżały zwłoki. Postrzelne, srebrnymi pociskami. Krew, która pozostała się na murach, a było jej nie mało już zeschła. Najgorsze zobaczyłam pod balem drewna. Matki i dzieci. Pod murem i na trzepakach zobaczyłam tylko mężczyzn. W kamiennym kręgu znajdowały się zwłoki kobiet i dzieci. Nie wiem jak zginęli. Po prostu mieli przywiązane jeszcze ręce i nogi, srebrnymi sznurami do słupa, a ich ciała nie miały dziur po postrzałach. Teraz zrozumiałam. Nie zostali powieszeni, ani po rozstrzelani. Zostali zagazowani. Zapewne tlenkiem srebra. Świadczyła o tym ich skóra, jakby poparzona. Patrzyłam na tyle śmierci, która była wokoło, na tę krew, na spalone budynki, zabite stworzenia, które były niewinne. Z dala od muru, trzepaków i kamiennego kręgu. Ujrzałam sylwetkę trzyletniej dziewczynki, która leżała martwa od postrzału na ziemi. Nawet nie wiem kiedy zaczęły łzy lecieć strużkami po moich policzkach. Wytarłam je szybko w rękaw i pomyślałam sobie, że rachunki zostaną wyrównane. Może nie w tak brutalny sposób. Gorszy. Sto tysięcy razy gorszy.
William diagnozował każdą postać wzrokiem. Podeszłam do niego i położyłam mu dłoń na ramieniu i szepnęłam:
- Chodźmy już – potaknął tylko głową i zaczęliśmy wracać. Nie odzywaliśmy się do siebie, a ta cisza była najlepszą z możliwych w takiej sytuacji. Minuta ciszy dla poległych, których osobiście pomszczę.
- Jesteście, czy... oj. – powiedziała, Sara widząc nasze miny – Przepraszam, ja, ja... nie chciałam żebyście to zobaczyli, mogłam pomyśleć - pokręciła nie dowierzając głową. Położyłam jej rękę na ramieniu, a ją zaskoczył mój dotyk.
- Dziękuję, że nas tu przyprowadziliście. Wiesz, całe życie słyszałam o konfliktach zbrojnych, wojnach i torturach. Teraz zdałam sobie sprawę, że wszystkie źródła, które dotąd pokazywały sceny zabijania, torturowania i nienawiści, były strasznie sztuczne. Patrząc na te pobojowisko zdałam sobie sprawę, że jesteśmy tu potrzebni. Teraz wierzę w pełni w siebie i w Williama. To my mamy wam pomóc się zjednoczyć i wiesz, co? Czuję, że tak będzie. W obozie elfów poczułam, że w końcu przynależę tutaj. Do tego świata. Teraz, tu, zadałam sobie sprawę, że możemy pomóc. Zrobimy wszystko, aby tak było. Muszę jeszcze porozmawiać z Casparem.
- Caspara nie ma, podobno wyleciał. Nie pytaj gdzie, bo nie wiem. Powiedział, że musi pobyć chwilę sam. 
- Więc my w tym czasie dokończymy zwiedzanie – rozpromieniła się Sara – Ruszamy!


Obejrzeliśmy już chyba wszystko, co jest możliwe. Zobaczyliśmy nowo pobudowane budynki, las, siedzibę główną, główny plac i bibliotekę. Lucas powiedział, że są tu tylko stare dzieje wilkołaków i kilkanaście ksiąg o innych rasach. Ogółem mówiąc, były tu wszystkie książki dotyczące tylko tej krainy.
- To tutaj was pożegnamy. Aha, jeszcze jedno. Gdybyście czegoś potrzebowali. Czegokolwiek to wiecie, gdzie jest mój dom. Po jedzenie musicie iść jak wam się skończy, traficie? - Sara pokazała nam już chyba wszystkie możliwe zakątki, do których moglibyśmy iść w razie potrzeby.
- Tak wiemy wszystko. Dziękujemy, że nas zabraliście i wszystko pokazaliście -
Sara i Lucas uśmiechnęli się szeroko.
- Niema za co – powiedzieli i pomachali na pożegnanie.
- Dobra – odezwał się William, kiedy odeszli – Rozdzielamy zadania.
- Ja idę do Caspara, a ty po jedzenie.
- Strasznie się rządzisz wiesz? - powiedział z zawadiackim uśmieszkiem.
- Nie jestem tylko dobra w rozdzielaniu zadań – uśmiechnęłam się. On na to przewrócił tylko oczami.
- Dobrze, ale nie pokazuj się bez jedzenia – dodałam z poważnym wyrazem twarzy.
- Na razie – pożegnał się i zniknął. Ja również poszłam w kierunku, kwater elfów.

Omijałam cudze posesje. Dużo osób chodziło jeszcze po obozie. Wszyscy się na mnie patrzyli i było to dosyć nie przyjemne. Właśnie omijałam żółty dom, za którym kawałek dalej znajdowała się noclegownia przyjaciół. Gdy skręcałam w uliczkę, która doprowadzi mnie do celu, gwałtownie się zatrzymałam, bo usłyszałam głosy nastoletnich wilków.
- Ryan, naprawdę jest taki ślepy!? - wykrzyknęła nastolatka. Miała długie proste blond włosy i była dosyć ładna, ale bardzo niska.
- Zwariował – stwierdził jakiś chłopak. On (w odróżnieniu do dziewczyny) był wysoki i jego dwóch kumpli również. Chłopak, który właśnie odpowiadał miał brązowe włosy i niebieskie oczy – Wprowadził tych pomyleńców na nasz teren. To są elfy! Tyle nam o nich opowiadał, a teraz co? Wpuszcza na nasz teren?
- Ty o elfy się martwisz!? - wykrzyknęła druga dziewczyna, ta była średniego wzrostu i miała fioletowe włosy – Moim zdaniem w ogóle nie powinno być tutaj tych ludzi. Widzieliście ich. Najgorsza była ta dziewczyna, do której Ryan ciągle się uśmiecha. Głupia pinda. Daję sobie rękę uciąć srebrnym sztyletem, że gdyby tylko zobaczyła przemianę, uciekłaby do tego swojego idealnego świata. 
- Opanuj się Sabrina – powiedział przystojny brunet, już się bałam, że usłyszeli jak mi bije serce albo zobaczyli, że ich obserwuję, ale wiedziałam się, że młode wilki nie mają tak wyostrzonych zmysłów, bo jeszcze nie przeszły pierwszej przemiany, która nadchodzi w pierwszą pełnię po dziewiętnastych urodzinach i jest bardzo nieprzyjemna. Jeżeli oni byliby po pierwszej przemianie to dawno by mnie już usłyszeli – Co ty do nich masz?
- Co ja do nich mam!? - zbulwersowała się Sabrina – Czy ty naprawdę nie widzisz, że ona jest tak sztuczna. Pewnie elfy z dwójki zori zrobiły podróby ludzi i wciskają nam kity, że to oni. Człowiek nie ma wstępu do naszego świata – powstrzymałam westchnięcie, bo zauważyłam jaka ta dziewczyna jest... niepoinformowana.
- Ja też tego nie rozumiem – odezwał się jeden z chłopaków, blondyn z dużymi ustami – Wszyscy po przemianie słyszeli i opowiadali jak biją im serca. Nawet elfy, nie potrafią przerobić zori w człowieka. Nikt w obozie tego nie rozumie. Ryan wszystkim powtarza, że ta dziewczyna poprosiła dwa dni, aby mogli tu zostać. Powiedziała, że nie uwierzymy w jej słowa, że potrzebujemy jakiegoś dowodu coś takiego.
- Ale w co nie uwierzymy? - zdenerwowała się blondynka – I co ta mała może nam udowodnić?
- Amanda, nie wiemy – powiedział blondyn z dużymi ustami - Nikt nie wie, bo Ryan robi z tego wielką tajemnicę. Jutro odejdą. Może to tylko fałszywy alarm? Może wszystko wróci do normy? - nie wytrzymałam tego i się roześmiałam. Może wróci do normy? To naprawdę to było takie… smutne, że on tak myślał i nic nie wiedział. Teraz musiałam wyjść z mojej kryjówki i pokazać się tej grupce. Gdy tylko wyszłam zza zakrętu ujrzałam dokładnie pięć wystraszonych twarzy, które niedawno oglądałam z ukrycia.
- Przepraszam, bardzo mi przykro, że przerwaliście tę wymianę zdań – powiedziałam ciągle z uśmiechem – Jest mi głupio, że was podsłuchiwałam – w ogóle mi nie było głupio i niestety było to widać po mojej twarzy, ale oni przed chwilą obrabiali mi tyłek za plecami. No, sorry. Cała piątak była strasznie zaskoczona moim widokiem. Brunet szybko się otrząsnął z szoku i patrzył na mnie przenikliwie. Sabrina lustrowała mnie spojrzeniem, tak jakbym odbiła jej chłopaka. Naprawdę miałam gdzieś jej zdanie o mnie. Serio, gorsze rzeczy słyszałam na mój temat, niż te tutaj.
- Ty jesteś Clover, prawda? - zapytała drżącym głosem Amanda, jakby się mnie bała. Ja natomiast uśmiechnęłam się do niej sztucznie.
- Tak. Ciekawym było usłyszeć, co mówią o mnie w obozie za moimi plecami, ale muszę spadać…
- Poczekaj – wtrącił się blondyn – Mogłabyś porozmawiać z nami chwilkę?
- Raczej, nie – i spojrzenie skierowałam na Sabrinę, która cała dygotała ze złości.
- Zostań, jak cię ktoś prosi! - wybuchła od mojego bezczelnego spojrzenia.
- Sabrina! - skarciła ją Amanda – Przepraszam cię. Ona nie wie, co mówi.
- Nie, Amanda! – wstała i podeszła do mnie, brunet postawił krok w jej stronę, a ona zmierzała do mnie – Muszę z nią parę rzeczy obgadać.
Co mogłam zrobić uśmiechnęłam się tylko do niej, bo naprawdę gdy miałam piętnaście lat nieraz lądowałam na policji za to i owo, a taka dziewczyna, która uważa, że będę się jej bała tylko, dlatego że jest wilkołakiem, który jeszcze nie przeszedł przemiany? Jest żałosna. Powiedzmy sobie szczerze, z gorszymi typkami miałam do czynienia. Mój uśmiech działał na nią jeszcze gorzej, niż się spodziewałam, ale serio ona była taka zabawna myśląc, że mi coś zrobi.
- Co się tak szczerzysz!? - ryknęła. Teraz zauważyłam, że jest dosyć ładna. Fioletowe lekko falowane włosy, zielone oczy i wysokie kości policzkowe.
- Po prostu śmieszą mnie laski, jak ty – nagle się zatrzymała, a wszystkie oczy były zwrócone na nas. Amanda wstrzymała oddech, a chłopacy patrzyli na mnie jak na zbiegłą z psychiatryka – Przykro mi jednak, że nie mogę z tobą pogadać, ale naprawdę się spieszę – już ją miałam wyminąć, ale w ostatnim momencie zatarasowała mi drogę.
- Wow. Nigdy jeszcze nie widziałam osoby, która stojąc przed wilkołakiem twierdzi, że się jej nie boi.
- Po pierwsze jeszcze nie nastąpiła twoja pierwsza przemiana – o mój boże jaką miała minę, kiedy to powiedziałam! Naprawdę wartą każdych pieniędzy – Po drugie jest mi ciebie strasznie żal. Wydzierasz się na osobę, która ci nic nie zrobiła, obrabiasz jej dupę i nie wiesz co tu robi – wyliczałam spokojnie, a Amanda siedziała i spoglądała na mnie jakby zobaczyła ducha. Brunet i blondyn stali w pogotowiu, a ten trzeci chłopak (dopiero teraz zauważyła, że jest rudy) stał koło Amandy i nie dowierzał własnym oczom.
- A mnie jest ciebie żal, że zaraz będziesz zbierać swoje zęby z ziemi – i na dowód swoich słów zamachnęła się ręką prosto w moją twarz. Ta dziewczyna naprawdę myślała, że jestem taka głupia, żeby stać jak ostatnia sierota i patrzeć na jej pięści przestraszonym wzrokiem. Na policji lądowałam również za bójki. Nienawidziłam typków, którzy z góry oceniali, że nie umiem się bronić, czy bić. O tak, Clover Grey nieraz oberwała i nie raz skopała komuś tyłek, a Sabrina gdyby była mądra złapała by mnie jedną ręką za sweter (unieruchomiła) i dopiero uderzyła, a ona tego nie zrobiła, więc szybko ukucnęłam. Cios był mocny. Jestem pewna, że straciłabym po nim przytomność, bo dziewczyna lekko się zachwiała i gdyby rudy jej nie przytrzymał upadłaby. Ustałam spokojnie, a wszyscy patrzyli na mnie jakbym właśnie spadła z księżyca. Sabrina szamotała się z rudym, ale on był silny i jej nie puścił.
- Serio, nie myślałam, że spróbujesz – teraz podeszłam do niej bliżej i spojrzałam prosto w zielone oczy. Fioletowe włosy powpadały jej do buzi, gdy szamotała się z chłopakiem - Nie oceniaj ludzi po wyglądzie, bo gdybym była taką samą szmatą jak ty dawno powyrywałabym ci te fioletowe kłaki – teraz ułożyłam usta w dzióbek i dmuchając odgarnęłam jej włosy z twarzy. Moje słowa zabrzmiały tak jak chciałam jak cicha groźba.
- Puść mnie, Jackson! - krzyczała, Sabrina.
- Chyba śnisz, po tym co jej próbowałaś zrobić? - Amanda, podbiegła do mnie i obejrzała dokładnie.
- O Boże! Ona tak się nie zachowuję. Zazwyczaj. Wybacz jej...
- Spokojnie – powiedziałam, bo Amanda myślała, chyba że opowiem o całym zajściu Ryanowi, ale ja nie jestem kapusiem. Spojrzałam na słońce. Jeszcze zostało około godziny do zachodu. Odsunęłam lekko Amandę na bok i ustałam na wprost Sabriny. Mogłam teraz odejść w wielkim stylu, ale nie. Coś kazało mi zostać i ja oczywiście posłuchałam tego czegoś.
- Czego chcesz? - westchnęłam. Zrobiła tak zaskoczoną minę, że aż chciałam zrobić jej zdjęcie, a pozostali po prostu patrzyli jak na głupią.
- Ty, serio pytasz? - zapytała nie dowierzając. Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam kamień, na którym usiadłam.
- Puść ją – powiedziałam, a Jackson spojrzał na mnie jak na wariatkę i puścił Sabrinę, która stała i już do mnie nie podeszła – No mówże, bo muszę jeszcze coś załatwić, a kiedy zajdzie słońce już nie wrócę, bo nic nie zobaczę.
- Boże! Przecież… Ja cię przed chwilą, chciałam ci wybić zęby, a ty… Co z tobą jest nie tak?
- Wiele rzeczy, a tak poza tym nie wybiłabyś mi zębów. Prędzej ja bym ci złamała rękę – zaśmiałam się.
- O co chodzi z tym, że masz nam coś udowodnić? - zapytała Amanda. Sabrina, zamiast podejść do mnie usiadła na ziemi, a reszta wilków (oprócz bruneta poszła) w ślady dziewczyny – A! Ty nas jeszcze nie znasz, a więc ja jestem Amanda. Ta wariatka, która próbowała cię skrzywdzić to Sabrina – uśmiechnęłam się do niej, a ona odwzajemniła uśmiech. Coś miała w sobie, była jak moja była przyjaciółka Lola, ostra. Nie dawała sobą pomiatać.
- Jackson – powiedział i skinął głową, odwzajemniłam gest.
- Ten blondynek to Max – patrzył na mnie ciągle, a ja się uśmiechnęłam.
- Drake – przeniosłam wzrok na bruneta, który próbował chyba z mojego wyglądu, poznać moją przeszłość.
- Więc… O co chodzi w tym, że tu jesteś? - zapytał Jackson.
- No i o to właśnie chodzi, że nawet jakbym wam to teraz powiedziała, to nie uwierzycie mi. Poprosiłam Ryana o dwa dni. Czekam na okazję, ale jej nie widzę.
- Okazji do czego? – zapytał Jackson. Westchnęłam.
- Ufacie elfom? Ufacie zmiennokształtnym, wampirom, czy czarownicom?
- Nie – szepnął blondyn, a brunet nie odrywał ode mnie oczu.
- Właśnie. To jest to dlaczego tu zostaliśmy. Musimy was do czegoś przekonać, a wam nie wystarczą tylko słowa, wy potrzebujecie dowodu. Prawdziwych czynów.
- Po co mamy ufać innym gatunkom? - zapytał brunet.
- Po co!? - krzyknęłam – Wiem, że źle postąpili zdradzając was na w jakiejś bitwie, o której nie mam pojęcia – mówiłam już trochę ciszej – Ale wszyscy macie ten sam problem. Nie zauważyliście?
- Zori – szepnęła Sabrina.
- Tak. Myślisz, że taki występ jaki właśnie odwaliłaś w tej chwili pomoże ci się obronić? Myślisz, że umiesz walczyć? - wwiercałam w nią swoje spojrzenie i zapytałam – Byłaś w zniszczonej części obozu? - odwróciła ode mnie wzrok.
- Nie – szepnęła. Skinęłam głową.
- Ktoś z was tam był? - zapytałam patrząc po twarzach zgromadzonych, którzy odwracali szybko wzrok – Czyli nie -stwierdziłam.
- A ty byłaś!? - nie wytrzymał Jackson.
- Tak – powiedziałam ledwo słyszalnie nie odwracając wzroku z jego twarzy, na której malował się szok.
- Ryan, zabronił nam tam chodzić – broniła, Amanda.
- Nie dziwię się, że tak postąpił – uśmiechnęłam się, ale mój uśmiech nie zdradzał ani cala wesołości.
- Co tam jest? - zaciekawiła się Sabrina.
- Coś po czym byś się nie podniosła – odpowiedziałam z powagą.
- Co? - próbowała dalej.
- Uwierz mi, że nie chcesz wiedzieć.
- Jeśli nam tego nie powiesz to przysięgam, że wymkniemy się w nocy to sprawdzić.
- Szantażujesz mnie?
- Tak - mogłabym się z nią zaprzyjaźnić.