6 marca 2016

Rozdział 13

Szliśmy razem z Willem na spotkanie z Shanem. Po tym jak elfy, Lucas i Mark odeszli wzięłam prysznic i się przebrałam, a William, siedział i czekał na mnie w salonie, nie odzywał się. Nie powiedział ani słowa odkąd weszłam do domu. Teraz, gdy zbliżaliśmy się do dziedzińca jego milczenie stawało się, coraz bardziej irytujące.
- Hej! - chwyciłam go za ramię i pociągnęłam do tyłu. Na początku wydawał się zdezorientowany, a następnie przybrał obojętny wyraz twarzy - Możesz powiedzieć mi o co ci chodzi?
- O nic mi nie chodzi.
- Od kiedy weszłam do domu, nie odzywasz się do mnie. Obraziłeś się, czy po prostu nie chcesz ze mną gadać?
- Znasz go?
- Co? - zapytałam zdezorientowana - Kogo?
- Marka.
- Że co? Nie. Przewrócił mnie, uderzyłam się przedstawił się, przyniósł do domu i odszedł. Koniec historii, ale... chwila skąd wiesz jak się nazywa, skoro ci się nie przedstawił?
- Słyszałem jak się z nim żegnałaś, brzmiało to jak pożegnanie starych przyjaciół.
- Gdy wracaliśmy do domu przedstawił się, przeprosił i pogadaliśmy chwilę.
- Zamierzasz się z nim jeszcze zobaczyć?
- Tak, za chwilę ty też to zrobisz.
- Czyżby?
- Jest synem Shane'a.
- Myślałem, że Shane ma tylko córkę, to gdzie niby był gdy jego ojciec przybył po Mercedes? Nie chciał pomóc własnej siostrze?
- Był tam - i nie chcąc mówić nic więcej, odwróciłam się i odeszłam.
- Gdzie? - spytał William, kiedy mnie dogonił i szliśmy obok siebie.
- To już nie jest istotne.
- Dla mnie jest
- Był tym zwierzęciem, który odepchnął nas od małej.
William parsknął pogardliwie.
- Czyli jest doświadczony w taranowaniu ludzi.
- Nie, jest doświadczony w walce z zori.
- Ta, jasne.
- Czy ty przypadkiem nie jesteś zazdrosny?
- O niego? - zaśmiał się - W życiu.
- Jasne - przewróciłam oczami i zaczęliśmy rozmawiać o jego treningu. Podobno wszyscy dali mu nieźle w kość i chociaż byłam strasznie zmęczona po tym dniu, to wydawało mi się, że William chociaż tego nie okazywał, najchętniej padł by na łóżko i poszedł spać. Tak rozmawiając doszliśmy na miejsce. Shane stał obok swojej żony, Samanty. Kobieta trzymała za rękę Mercedes, a elfy natomiast na przeciwko trójki zmiennokształtnych. Przyłapałam się na tym, że szukam wzrokiem Marka, więc natychmiast przestałam.
- Clover! - wykrzyknęła dziewczynka i rzuciła mi się w ramiona, kiedy przestała się do mnie tulić objęła Willa. Uśmiech błąkał się po mojej twarzy, gdy zobaczyłam zaskoczenie Willa, który od razu się opanował i odwzajemnił uśmiech.
- My to się jeszcze nie znamy - podeszłą do nas uśmiechnięta żona Shane'a - Jestem Samanta i niezmiernie się cieszę, że tu jesteście. Mercedes nie mogła się doczekać, aż ponownie was zobaczy. Nawijała o tym cały dzień.
- Nam też jest miło cię poznać. Ja jestem, Clover.
- William.
- Postanowiliśmy zrobić małą ucztę. Czekamy jeszcze tylko...
- Na mnie - odezwał się Mark, który właśnie zmierzał w naszym kierunku. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. On również się przebrał. Miał na sobie granatową koszulkę, dżinsy i bordowe adidasy. - Przepraszam za spóźnienie, ale musiałem jeszcze się przebrać.
- Nic nie szkodzi, synu. Właśnie się zbieramy. - podali sobie ręce, a następnie Mark pocałował w policzek matkę i uściskał siostrę.
- No właśnie, nasza zguba. Poznajcie proszę naszego syna, Marka.
- My się już znamy - odparł wilkołak, był już o wiele spokojniejszy i nawet się uśmiechał - To spotkanie nie należało do wartych zapamiętania,a więc jestem Lucas - podali sobie ręce.
- Czy ktoś zechciał by mi to wyjaśnić? Mark? - zapytał Shane. - Jakieś ofiary?
- Nie tylko lekko poturbowani - zaśmiał się Paul - To znaczy teraz jest wszystko w porządku, prawda Clover?
- Nic takiego się nie stało, po prostu mały wypadek - odezwałam się i spiorunowałam elfa wzrokiem.
- Rany, co ten mój szkodnik znowu nawyprawiał? - zapytała zmartwiona Samanta i lustrowała mnie spojrzeniem.
- Małe zderzenie - zaczął Mark - Wpadłem na Clover, gdy wychodziła zza rogu, a że trochę się zapędziłem, przewróciłem ją. Obrażenia były poważne, ale na szczęście elfy zadziałały.
- Clover, tak mi przykro...
- Spokojnie, nic mi nie jest. Zapomnijmy o sprawie.
- Tak, chodźmy już. - odezwał się Lucas.
Odeszliśmy kawałek, ale zobaczyłam, że brakuje Shane'a i Marka. Zobaczyłam, że zostali w tyle. Podeszłam bliżej i schowałam się za budyniem, błagając w myślach, aby mnie nie nakryli.
- Znowu? - odezwał się Shane.
- Nie wiem już, co robić - nikt się nie odzywał przez dłuższą chwilę.
- Pokaż im.
- Co?
- Zrób to. Mam tego dość, więc pokaż im, że jesteś moim synem.
- Sam mówiłeś, że lepiej nic nie robić i ignorować to.
- Jesteś od nich o wiele silniejszy i dziesięć razy potężniejszy. Pokaż im, czego cię nauczyłem, pokaż, że są słabi i nigdy nie będą dosięgać ci do pięt.
- Gdy ty to pokazałeś, wszyscy się ciebie bali.
- Z tobą będzie inaczej. Wiem to.
- Dlaczego? Dlaczego, teraz?
- Zmieniłeś się. Dorosłeś i chyba...
- Co?
- Nic. Moje podejrzenia zachowam dla siebie. Teraz chodźmy.
Chciałam się odwrócić i biec jak najszybciej, ale nie raz już szpiegowałam i musiałam na początku wykonać dziesięć bezszelestnych kroków, a następnie biec ile sił w nogach. Tak więc zrobiłam.
- Gdzie byłaś - spytał się Will - Szłaś obok mnie i nagle... już cię nie było.
- Wydawało mi się, że zobaczyłam kogoś i chwilę obserwowałam, aż doszłam do wniosku, że był to zwykły krzak.
- Chyba, że tak.
Nie wiem, co w języku zmiennokształtnych oznacza mała uczta, ale wyszliśmy zza zakrętu, zobaczyliśmy wielki stół, a wokół niego jakichś stu zmiennych. Po kilku minutach dołączyli do nas Mark i jego ojciec, który rozpoczął poczęstunek. Los zmówił się przeciwko mnie i siedziałam pomiędzy Williamem, a Markiem. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Poznałam nowych ludzi i omawialiśmy kwestie dotyczące życia codziennego zmiennokształtnych. Słuchałam wszystkiego uważnie, aż zaczęły mi się zamykać powieki. Podziękowaliśmy wszystkim i wraz z Williamem oddaliliśmy się od wszystkich stworzeń. W drodze powrotnej nie rozmawialiśmy z powodu zmęczenia. Przekraczając próg domu resztkami sił pobiegliśmy do pokoi. Rzuciłam się na łóżko.
- Dobranoc - wrzasnęłam.
- Dobranoc - odkrzyknął i odpłynęłam.

Kiedy się obudziłam świeciło już słońce, po jego wysokości byłam w stanie określić, że jest jakaś ósma rano. Tak wcześnie wstałam? Poszłam z ciuchami w ręku do łazienki. Po wykonaniu porannej toalety. Weszłam do kuchni i zobaczyłam Williama, który smarował kanapkę masłem w tak szybkim tempie, że prawie ją podziurawił.
- Hej, ścigasz się z kimś? - zapytałam i patrzyłam z grymasem na jego śniadanie.
- Śpieszę się.
- A można wiedzieć gdzie?
- Mam swoje sprawy.
- Trening? - nie odpowiedział - Wiesz, że nie musisz mnie okłamywać?
Cisza.
- Jak chcesz - wzruszyłam ramionami i zaczęłam smarować swoją kromkę masłem.
- Tak, idę na trening... - czekałam, aż dokończy, ale... się nie doczekałam.
- W porządku - odpowiedziałam, nie patrząc na niego.
- Będą z nami trenować... wszyscy uczniowie ze szkoły, w której wczoraj byłaś.
Przestałam smarować chleb masłem i stałam jak taka przez chwilę. Potrząsnęłam głową i wróciłam do przygotowywania kanapki.
- To Lucas zaproponował, że czas zacząć wszystkich trenować. Powiedział, że już jestem gotowy, aby zacząć nauczać.
Nie odezwałam się. Bo co niby miałam powiedzieć? ,,Dobrze, William jestem z ciebie dumna?" Nie. Wolę milczeć.
- Zajęcia w szkole są dziś odwołane. - szepnął.
Znowu się zatrzymałam. Starałam się nie wybuchnąć i kolejny raz powróciłam do przyrządzania śniadania. Skończoną kanapkę chwyciłam w rękę i podniosłam wzrok na Willa, który nie spuszczał ze mnie oczu.
- Powodzenia - powiedziałam i poszłam do pokoju, usłyszałam tylko kroki Williama, gdy wychodził. Jeden raz się zatrzymał, chyba przed moją sypialnią, ale nie jestem pewna. Usłyszałam tylko ciche kliknięcie zamykanych drzwi frontowych.

- Boję się - odrzekła Poppy i zaczęła obgryzać paznokcie, więc wytrąciłam jej rękę z ust.
- Dasz radę - dodał Luke i objął ją ramieniem. Spotkałam tą dwójkę, gdy szła na trening,a teraz żałowałam, że nie zostałam w domu. Zamierzałam ich odprowadzić.
- To tylko trening - burknęłam i kopnęłam kamyk.
- Co ja z wami mam - Luke objął mnie drugim ramieniem i szliśmy dalej - Jedna chce w jakikolwiek możliwy sposób uniknąć trening, a druga brać w nim udział.
- Nie uważasz, że to nie w porządku, że wszyscy mogą tam iść i ćwiczyć, z wyjątkiem mnie? - nic nie powiedzieli. - Czekam na odpowiedź.
- Tak, to jest w porządku - odpowiedzieli równocześnie. Zamurowało mnie, ale szłam dalej.
- To nie tak, że nie jesteśmy po twojej stronie - zaczęła tłumaczyć Poppy - tylko my mamy moce i damy rade walczyć,a ty jesteś taka... bezbronna.
Nic na to nie powiedziałam, zignorowałam ją. Jedyne określenie, które nie pasuje do Clover Grey to bezbronna. Może wydaje się zbyt pewna siebie, ale to wszystko zależy od toku myślenia. Jeśli wierze w to, że jestem silna, to taka będę. A ja wierzę, że umiem się bronić i walczyć, więc tak jest, trzeba jeszcze zdobyć trochę praktyki, którą również mam. Doszliśmy na miejsce, a ja zobaczyłam plac pełen nastoletnich zmiennokształtnych, a pośrodku kilka manekinów i... nauczycieli. W tym również Williama, elfy, Lucasa i... Marka. Los znów ze mnie zakpił. Patrzyłam na dochodzących zmiennych i postanowiłam, że odejdę kiedy wszyscy zaczną ćwiczenia.
- Witamy - odezwał się Shane - Dziś rozpoczniemy szkolenie. Nauczymy was walczyć przeciwko zori, a także dopracujemy waszą technikę przemiany. Podzielimy się na grupy. Mamy dziesięciu nauczycieli, więc będzie dziesięć grup...
- Co tu robisz? - syknął Lucas i chwycił mnie za łokieć - Wracaj do domu, ale już!
- Spokojnie, przyszłam odprowadzić i podtrzymać na duchu Poppy i Luka - pokazałam na przyjaciół, którzy przyglądali się tej scenie ze współczującymi minami.
- Świetnie, więc możesz już wracać.
- A to dlaczego? Nie mogę nawet popatrzeć?
- Nie.
- Dlaczego mi nie pozwalasz trenować?
- Clover... - powiedział zrezygnowany.
- Chcę tylko trenować.
- Po co?
Nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam po co. Po prostu tego chciałam.
- Nudzi mi się.
- Mam pomysł - na jego ustach pojawił się przebiegły uśmieszek - Urządzimy sobie pojedynek. Ty i ja, jeśli wygrasz będziesz mogła trenować, jeśli nie wrócisz do domu.
Zlustrowałam go spojrzeniem. Jakieś osiemdziesiąt pięć kilo, wilkołak, walczy od stu lat.
Szanse: brak, w teorii. Bębniłam palcem po brodzie.
- Do ilu? - spytałam.
- Do białej flagi - aż przegrany powie, że się poddaje. Szczwany lis. Myślałam jeszcze chwilę i zobaczyłam, że wszyscy nam się przyglądają Shane i nauczyciele. William kręcił głową, co znaczyło ,,nawet nie próbuj się zgadzać, bo nie wygrasz" tylko, że mój instynkt mówił, że mam jakieś szanse.
- Dorze.
- Dobrze? - spytał zdziwiony.
- No jak coś to przegram. Nie jesteśmy w średniowieczu i nie stracę przez przegraną honoru. Co nie nie zbije to mnie wzmocni - wzruszyłam ramionami.
- Nie oszczędzę cię - ostrzegł.
- Wiem. Ja też.
- Dobrze, a więc... - wszyscy się rozsunęli stając w kole i zostawiając dużo miejsca.
- Nie wiem, czy to jest dobry pomysł - powiedział Shane.
- Szybko to skończymy - powiedział Lucas.
- Ja się szybko nie poddaję - powiedziałam zdejmując sweter i zostałam w samej różowej koszulce i związałam włosy gumką.
- Zobaczymy. - Shane odsunął się i patrzył nadal nie przekonany. Ustałam na przeciwko Lucasa.
- Kiedy będziesz chciała się poddać klepnij ręką dwa razy w ziemie.
- Zaczynaj - uśmiechnęłam się. Wychowała mnie ulica i przyjaciele, którzy trafili do poprawczaka. Umiałam zrobić naprawdę wszystko. Jak byłam mała zajęłam drugie miejsce w konkursie gimnastycznym. Wszystko razem połączone daję niezły efekt, ale czy na tyle dobry, aby pokonać wilkołaka? Okaże się. Teraz skupiałam się tylko na walce, wyłączyłam cały świat. Tylko ja i Lucas.
Lucas swój pierwszy cios zadał prawą ręką, zrobiłam na to szybki unik i kiedy ręka była jeszcze w powietrzu przekręciłam ją w bok i jedną nogą zahaczyłam o jego nogę, powalając go tym samym na ziemię. Chciałam zablokować mu głowę nogą, ale był zbyt szybki i już po chwili znowu stał. Teraz była moja kolej. Podbiegłam do niego, ale nie z zamiarem ataku, jak to myślał. Prześlizgnęłam się pod wyciągniętą ręką, przygotowaną do zadania ciosu i uderzyłam waląc z całą siłą w jego kark i kopiąc nogą w podbrzusze. Wilkołak znów wylądował na ziemi. Teraz zamierzałam przystąpić do zablokowania głowy nogami, ale jedna z nóg Lucasa zablokowała moją i dołączyłam do niego na ziemi. Podniósł się z nadprzyrodzoną prędkością, stanął nad moją głową chwytając mnie za nadgarstki i jedną ręką przerzucił całe moje ciało w powietrzu i gdybym nie wystawiła nóg upadłabym plecami na ziemię. Korzystając z okazji, ze stoję na nogach, (choć bolały, jak cholera) jedną z nich kopnęłam wilkołaka w brodę, że aż mu głowa do tyłu odskoczyła, ręką zadałam cios w skroń. Lucas, znów padł na ziemie, a z jego ust leciała krew, którą wypluł na bok. Zmartwiłam się tym widokiem i głupia opuściłam ręce, co Lucas wykorzystał i kopnął nie centralnie w brzuch, poleciałam na parę dobrych metrów do tyłu.
- Pierwsza lekcja, nigdy się nie wahaj - powiedział i oboje wstaliśmy. Parsknęłam pogardliwie i zaczęłam biec w jego kierunku. Dobiegając znów go wyminęłam i tym razem pochwyciłam jego rękę wykręcając pod naprawdę dziwnym kątem. Zablokowałam cios, który chciał mi zadać drugą i tym samy obezwładniłam dwie jego ręce. Lucas warknął i kopnął mnie w brzuch, zmuszając do puszczenia jego rąk. Powalił mnie na ziemię i przygniótł stopą moją nogę, krzyknęłam na to głośno i jedną ręką zadałam cios w skroń. Wilkołaka znów zamroczyło i padł koło mnie. Chciałam się podnieść, ale nie mogłam. Całe bladoniebieskie dżinsy stawały się po chwili czerwone, aż dziwne, że jeszcze nie zemdlałam. Lukas widząc to podnosił się powoli i nie spiesznie. Patrzył na mnie z góry z uśmiechem.
- Dobra, Clover. I tak już nie wygrasz, więc po co to dalej ciągnąć? Klepnij dwa razy w ziemię i po sprawie.
Wszyscy w napięciu oczekiwali na moją decyzję, więc podniosłam rękę nad ziemią. Klepnęłam w nią jeden raz i znów uniosłam ją, a następnie poczułam przypływ adrenaliny i wstałam. Druga noga do niczego się nie nadawała, ale pierwsza? Czemu nie.
- Naprawdę?
- Chcę przegrać w wielkim stylu - i kopnęłam go z pół obrotu. Wkładając w to całą swoją energię, całą adrenalinę, która we mnie wzbierała przepłynęła do tego ciosu. Niestety kończąc swój warty nagrody atak upadłam na ziemię, tak samo jak Lucas! Nie zamierzałam już wstawać. Spojrzałam jeszcze na Lucasa, który pluł krwią i przewróciłam się na plecy. Wyglądał beznadziejnie, pewnie tak samo ja. I zaczął się podnosić. Wstał i chwilę nie mógł złapać równowagi. Zaczął do mnie podchodzić, więc podniosłam lekko głowę i znów ją opuściłam. Byłam już zmęczona, a do mojego mózgu dochodziły tylko informacje o bólu, który zaczynał mnie przytłaczać. Lecz powiedziałam, że nie poddaje się do ostatniego tchu. Miałam nędzne resztki siły, ale je miałam i zamierzałam zużyć w całości.
- Nie chcecie tego skończyć? - krzyknął Shane, który wyglądał jakby zaraz miał nas rozdzielać. - Pójdźcie na jakiś rozejm. Może Lucas, pozwolisz Clover trenować? Spójrz, że ledwo stoisz na nogach, a ona... w ogóle nie stoi i nie zamierza się poddać.
- O nie, nie zamierza - odezwał się wilkołak. - Dlatego jej pomogę.
- Na pewno - odpowiedziałam sarkastycznie.
- Idąc na walkę piszesz się jakby na samobójstwo. Masz pięćdziesiąt procent szans, że przeżyjesz i pięćdziesiąt, że umrzesz - słuchałam uważnie - trening i ta walka są tym samym. Sama decydujesz, że chcesz tu iść i godzisz się z ewentualną śmiercią. Tylko ty możesz siebie zabić, ale idąc na walkę oddajesz swoje życie w czyjeś ręce. Podczas całego naszego pojedynku mogłaś umrzeć i o tym wiedziałaś. Oddałaś swoje życie w moje ręce. Teraz daję ci szansę je odzyskać, klepnij dwa razy ziemię.
- Co jeśli nie - zapytałam.
- Każdy człowiek boi się śmierci, prawda? - zwlekałam z odpowiedzią.
- Tak.
- Ty również?
- Tak.
- Uświadomiłem ci teraz jak mało dzieli twoje życie od śmierci. Wystarczy, że założę dłonie na twojej szyi. Ile wytrzymujesz bez powietrza?
- Lucas, nie próbuj... - zaczął Paul, ale mu przerwałam.
- Wiem, o co ci chodzi, ale mnie nie zbijesz, bo mnie potrzebujesz. Wy mnie potrzebujecie.
- Nie zamierzałem cię zabić. Lecz teraz masz świadomość, że możesz umrzeć. Kiedy nie będziesz miała powietrza, twój mózg będzie robił wszystko, żeby je dostać. A jeśli zna drogę by je dostać? Nie zaryzykujesz życia, choć wiesz, że go nie stracisz. Poddasz się.
Nic nie mówiłam, bo to wiedziałam. Jestem silna, ale jeśli nie będę miała czegoś, bez czego nie będę mogła żyć, zrobię wszystko, aby to dostać. Próbowałam się podnieść, ale upadłam. Wilkołak zbliżał się do mnie. Uniosłam się na łokciach, aby odejść. Nie zdążyłam. Lucas odepchnął mnie i leżałam plecach. Przytrzymał moje nadgarstki, a ja zaczęłam się szarpać. Po chwili jego dłonie zacisnęły się na mojej szyi i zaczęły miażdżyć tchawicę.
- Lucas! - warknął Shane, lecz nic nie zdziałał, bo to ode mnie zależał wynik.
- Dasz radę Clover! - krzyknęła Poppy - Tylko się nie poddawaj!
Liczyłam sekundy. Minęło trzydzieści osiem. Leżałam spokojnie, tak aby nie marnować powietrza, które zostało mi jeszcze w płucach. Czterdzieści osiem. Podniosłam ręce do szyi i próbowałam oderwać ręce Lucasa. Bez skutku. Pięćdziesiąt sześć, podniosłam rękę. Trzymałam, chciałam wierzyć, że wygram, ale musiałam zrobić wszystko, żeby dostać powietrze. Moja porażka byłą tą ceną. Przed oczami zaczynało mi się robić ciemno.
- Lucas, wystarczy! Zabijasz ją! - wrzeszczał Robert.
Już nie mogłam. Klepnęłam w ziemię dwa razy i od razu poczułam jak ręce odklejają się od mojej szyi. Zaczęłam kaszleć, dusiłam się powietrzem. Usiadłam i nareszcie poczułam ulgę. Zaczęłam tylko sapać.
- Żyjesz? - spytał Lucas.
- Jeszcze - uśmiechnęłam się i dopiero zobaczyłam, że to nie ja się podniosłam tylko dwie inne pary rąk. Za moimi plecami stał Mark i William. Mark piorunował wzrokiem Lucasa, a William patrzył mi w oczy, a jego mina wyrażała gniew i dumę.
- Ale pomimo wszystko, nie chcesz mi pozwolić trenować?- spytałam, lecz znałam odpowiedź.
- Nie - westchnęłam. I zobaczyłam Roberta, który właśnie dotknął ręką mojej nogi, szyi, wszystkiego co było uszkodzone i zaczął mnie uzdrawiać.
- Dziękuję - powiedziałam do niego. On uśmiechnął się i odwrócił do Lucasa, lecz Paul go powstrzymał.
- O nie, przez niego ta walka była cholernie beznadziejna. Gdyby grał czysto, Clover by się tak szybko nie poddała? I kto wie może by wygrała? Spodziewałeś się tego kopniaka z pół obrotu, to było coś, może by było więcej takich akcji? Ale już się nigdy nie dowiemy, bo zepsułeś nam zabawę. Dlatego ani ja, ani Robert ci nie pomożemy. - zaprotestował Paul.
Lucas spojrzał na Paula, a ten uśmiechnął się na to, swój wzrok przeniósł na Roberta, który wzruszył ramionami i powiedział:
- Też chciałem zobaczyć dalszy rozwój akcji.
Następnie jego spojrzenie seryjnego mordercy przeniosło się na mnie. Dawno już wstałam.
- Na mnie nie patrz. To oni leczą, nie ja. Mogłabym ci pomóc i poprosić, żeby się nad tobą nie pastwili, ale wiesz zrezygnowałam, kiedy przypomniało mi się ,,Pierwsza zasada, nie wahaj się".
- Do domu! - powiedział głośno i splunął krwią.
- Dobra już idę - uniosłam ręce w geście poddania.
- Odprowadzę ją! - krzyknęła Poppy.
- Dobry pomysł. Zostań z nią do końca dnia. - zadecydował Shane. A my zaczęłyśmy już odchodzić.
- Clover - powiedział jeszcze Lucas, więc odwróciłam się do niego - Nie spodziewałem się, że możesz mi dokopać - uśmiechnął się.
- Przegrywam z stylem - odwzajemniłam uśmiech.
- Wiedziałaś, że przegrasz, więc dlaczego próbowałaś?
- Bo umiem przegrywać, a nie się poddawać - odwróciłam się plecami i zaczęłam iść - Od jutra zaczynam ćwiczyć wstrzymywanie oddechu!
Wszyscy zaczęli się śmiać, a Shane jako pierwszy się opanował i krzyknął.
- Ok, teraz wasza kolej...


- Normalnie, sama wstrzymywałam oddech - siedziałyśmy już w domu i Poppy opowiadała mi jak ta nasza walka wyglądała z perspektywy innych - Kiedy trzymałaś tą rękę nad ziemią Luke szeptał ,,nie, nie, nie..." i ty wtedy pierwszy raz klepnęłaś ręką, a dziewczyny za nami mówiły ,,Wiedziałam, że się podda". Już myślałam, że jej przywalę. A wtedy ty wstałaś i kopnęłaś Lucasa i on poleciał na ziemię, wtedy Luke krzyknął ,,Tak trzymaj!", ale wtedy upadłaś twarzą do ziemi i myśleliśmy, że to koniec. Jednak przewróciłaś się na plecy. Wtedy jak Lucas do ciebie podchodził i kiedy zaczął cię dusić... popatrzyłam gdzieś daleko, wszędzie tylko nie na ciebie i zobaczyłam Marka. Wiesz, że Robert musiał go trzymać, bo prawie do ciebie pobiegł i tak samo Paul trzymał Williama...
- Po co by mieli biec, przecież i tak bym przeżyła?
- Halo! W jakim świecie ty żyjesz? Lecą na ciebie, nie widzisz tego? - parsknęłam śmiechem.
- Ja i William się przyjaźnimy. No, fakt jest przystojny...
- Cholernie przystojny.
- Ale jesteśmy przyjaciółmi. Chociaż... chyba czuję do niego coś więcej niż tylko przyjaźń, ale nie chcę pakować się w kolejny związek.
- Tamten był na poważnie?
- Nie wiem. Harry mnie zdradził. Złamał mi serce, ale kiedy pierwszy raz go zobaczyłam to... nie było tak jak z Williamem... czy Markiem.
- Markiem?
- Tak. Harry zdradził mnie i zniknął, kiedy dowiedział się, że o wszystkim wiem. Zerwałam z nim, a kiedy dzwonił nie odbierałam, dobrze, że to zrobił. Łatwiej mi było go wyrzucić z mojej głowy, kiedy go nie widziałam, ale czy to była miłość? Ja chyba sama nie wiem co to miłość. Wiem, że Mark i William coś dla mnie znaczą, ale czy to nie będzie kolejny błąd?
- Spróbuj, nic nie stracisz.
- Stracę. Jeśli będę chciała być z którymś z nich i będzie to kolejna pomyłka stracę jego przyjaźń.
- Pospędzaj z nimi trochę czasu, wiesz jak przyjaciele. Dowiesz się wtedy, który jest dla ciebie ważniejszy.
- Poczekam jeszcze trochę.
- Dobrze.
- A co u ciebie i Luka? - zarumieniła się jak burak.
- Nic, a co miałoby być?
- Bylibyście dobrą parą. W końcu znacie się od dzieciństwa. On interesuje się modą, a ty szyciem. Tylko, że nigdy nie wiesz co uszyć, a on nie wie jak to uszyć. Uzupełnialibyście się ty niska, on wysoki. On kawa, ty herbata...
- Przestań! Przyjaciele!
- Tak, mhmm jasne. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że się w nim zabujałaś.
- Tak, a niby jak to okazuje?
- Przez tego buraka, którego złapałaś, gdy o nim wspomniałam.
- To nie tak!
- Pewnie, wiesz co? Jutro będzie ognisko, no nie?
- Tak, będzie. I co w związku z tym?
- Wystroimy się.
- Co?!
- Tak załatwię jakieś kosmetyki, ubierzemy cię w coś super albo przerobimy! Ale będzie zabawa! I jak wejdziemy wszystkie pary oczu będą zwrócone na nas, a wtedy Lukowi oczy wyjdą z orbit.
Od kiedy to ja się zamieniłam w swatkę i od kiedy będę zajmować się takimi babskimi rzeczami? Zawsze tego chciałam, ale sytuacja zmusiła mnie do pozostania twardą i zimną.
- Oczy z orbit wyjdą Markowi i Williamowi, kiedy zobaczą ciebie. Zakoszę Lukowi jakieś projekty i zrobimy sobie metamorfozy. Nie mogę się doczekać!
- Czyli będą nam potrzebne...
Nie dokończyłam, bo do pokoju wpadli: Luke, William i Mark. Natomiast ja leżałam na dużej kanapie przykryta kocem i herbatą w ręce. Włosy zwinęłam w kok i miałam na sobie tylko długi sweter, który mógłby robić za miniówkę. Poppy siedziała w fotelu i też piła herbatę.
- Nie chcieliśmy wam przerywać tych babskich pogaduszek, ale przyszliśmy sprawdzić jak się masz Cloe - wyjaśnił Luke.
- Nie rozmawiałyśmy znowu o niczym ciekawym - powiedziałam wzruszając ramionami i popijając herbatę.
- Po kolorze twarzy Poppy wnioskowałbym, że było bardzo ciekawie - powiedział Mark z figlarnym uśmiechem. Spiorunowałam dziewczynę wzrokiem, a jej twarz przybrała jeszcze bardziej czerwoną barwę, westchnęłam głęboko.
- Ja również jestem ciekawy, o czym to tak rozprawiałyście - dodał William i usiadł na kanapie obok mnie, Mark na fotelu, a Luke przysiadł koło Williama.
- Nie musimy wam się z niczego spowiadać, prawda Poppy?
- Tak - odparła i się nie zarumieniła.
- Nie chcesz mówić Clover, a więc...może Poppy nam coś ciekawego opowie?
Zakrztusiłam się herbatą, bo wiedziałam, że Poppy to żywy wykrywacz kłamstw. Chłopacy też o tym wiedzieli.
- Pierwsze pytanie...- zaczął Mark.
Odłożyłam herbatę na stolik i zrzuciłam nogi z kanapy, lecz William złapał mnie za kostki i znów leżałam.
- Leż - powiedział i mnie nie puszczał, patrzyłam mu w oczy o dwie sekundy za długo.
- ...czy jacyś chłopacy byli tematem waszej rozmowy? - dokończył Mark. Patrzyłam na Poppy. Nie rumieniła się! Tak! Pospieszyłam się, bo po chwili jej twarz przybrała kolor buraczkowy.
- Czy był to Luke? - rumieniec - Mark? - rumieniec - Ja? - rumieniec - Lucas - brak rumieńca.
-  Tak byliście tematem rozmowy, ponieważ rozmawiałyśmy o jutrzejszym ognisku prawda Poppy?
Uśmiechnęła się i wykrzyknęła:
- Tak!
- I zastanawiałyśmy się, czy przyjdziecie. - rumieniec, chłopacy zaczęli się śmiać.
- Czuję się dobrze, dzięki za odwiedziny. Jestem strasznie zmęczona i idę się położyć.
Odsunęłam koc i wstałam. Niestety zdawałam sobie sprawę, że ten sweter, który miałam na sobie odsłaniał całe nogi i kątem oka dostrzegłam na sobie wzrok wszystkich.
Weszłam do sypialni i położyłam się na łóżku. Po chwili, ktoś bez pukania wszedł do pokoju.
- Nie rozumiem, dlaczego zgodziłaś się na walkę z Lucasem. Dlaczego się nie poddałaś, kiedy zaczął ci łamać kości? Przez dumę? Clover, może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale za każdym razem, gdy powalałaś go na ziemię, byłem z ciebie dumny, z każdego uniku, z każdego ciosu, a kiedy ty leżałaś, zrobiłbym wszystko abyś wstała. Kiedy Lucas cię dusił chciałem go od ciebie odepchnąć, chciałem go zabić, ale nie mogłem. Widziałem każdy twój przemyślany ruch, w każdym pokazywałaś kawałek siebie. Pokonałabyś go. Nawet jeśli nogi by ci nie działały. Gdyby nie zaczął cię dusić, on by się poddał. Chętnie bym tobą teraz potrząsnął i czekał, aż przysięgniesz, że nie będziesz mieszać się w żadne bójki. Ale ty taka już jesteś. Odważna i zdeterminowana. Zmusił cię do poddania, bo widziałem w twoich oczach, że będziesz walczyć póki masz jeszcze siły, póki możesz. Poddając się nie okazałaś słabości pokazałaś, że walczysz do upadłego.
Patrzyłam w oczy tego chłopaka i zastanawiałam się, co mu odpowiedzieć.





27 lutego 2016

Rozdział 12

Caspar, Gabriel i Ryan opowiedzieli Shanowi i innym starszym zmiennokształtnym to samo, co wszystkim. Sto lat czekaliśmy, Clover i William to ludzie, którzy nas zjednoczą, pokonamy zori, razem itd. Teraz rozgrywają się jakieś wielkie narady na temat wyprawy do obozu wampirów. Shane kategorycznie stwierdził, że my nie będziemy tam wchodzić. Moim zdaniem udałoby się, ale wszyscy poparli go, a gdy chciałam zaprotestować Ryan posłał mi tak lodowate spojrzenie, że aż się wzdrygnęłam i zamilkłam. Gabriel zaproponował, abyśmy wysłali przedstawicieli, aby uprzedzić ich o naszej wizycie. Tak więc, jutro rano Gabriel, Caspar, Ryan, Sara i dwóch zmiennokształtnych: Ross, Jack. Przywódca zostaje, tak samo jak Lucas, Robert i Paul.
Najgorsze było to, że mnie i Williama nikt nie dopuścił do głosu. Siedzieliśmy posłusznie i słuchaliśmy. Zero komentarzy z naszej strony, jakbyśmy  w ogóle nie odgrywali żadnej znaczącej roli. Po spotkaniu przekonywali nas, że to dla naszego bezpieczeństwa i dodali, że nie będę musiała iść taki kawał drogi. Za cztery dni, gdy tylko przedstawiciele wrócą, wyruszą ponownie, ale z nami. 
Teraz weszliśmy z Williamem do naszego domku. Był naprawdę przytulny. Był salon, dwie sypialnie, kuchnia i łazienka. Już otwierałam drzwi łazienki, gdy William wślizgnął się do niej i ustał na przeciwko mnie.
- Hej! - krzyknęłam oburzona tym, że to ja najpierw chcę wejść wziąć prysznic.
- Clover, chcę z tobą porozmawiać - miał strasznie zagadkową minę.
- Możemy przełożyć tą rozmowę na czas brania prysznica?
- Tak, oczywiście - uśmiechnął się łobuzersko i zamknął drzwi do łazienki.
- William! Otwieraj! - waliłam pięścią w drzwi, które uchyliły się lekko. Zza nich wystawała głowa Willa.
- Cloe  jesteśmy współlokatorami i musimy dzielić się łazienką. Będę taki łaskawy i nie zmarnuję całej ciepłej wody. - i drzwi znów się zamknęły i usłyszałam dźwięk spuszczanej wody.
- Świnia - mruknęłam niezadowolona, a potem jak głupia zaczęłam się śmiać. Nie wiem, co mnie tak rozbawiło, ale nie mogłam przestać. Śmiałam się nadal, gdy William wyszedł z łazienki w samy ręczniku. Był świetnie zbudowany, więc musiałam szybko odwrócić wzrok, żeby się nie gapić. Spojrzałam mu w oczy i znów się roześmiałam. Miał tak zdezorientowaną i zagubioną minę, że nie mogłam przestać. 
- Nie wiem, co cię tak rozbawiło, ale słyszałem twój śmiech nawet pod prysznicem, więc zużyłem całą ciepłą wodę - podły uśmieszek nie znikał mu z twarzy. Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam sprawdzić temperaturę wody. William szybko się odsunął i zaczął się śmiać jak ja przed chwilą. Woda była lodowata, odwróciłam się szybko, aby mu nagadać jakim to jest dupkiem, ale usłyszałam trzask drzwi jednej z sypialni i było za późno. Westchnęłam głęboko i weszłam pod lodowaty strumień wody. Pierwsze, co zrobiłam to krzyknęłam i zaczęłam planować zemstę.

Godzinę później, siedziałam w czystym ubraniu i mokrymi włosami na tarasie na przeciwko Williama. 
- Gadaj, to co miałeś mi powiedzieć - syknęłam.
- Po pierwsze przepraszam za wodę - próbował się nie uśmiechać, ale mu to nie wychodziło - Po drugie, Clover nie wiem, co my dalej zrobimy.
- Ale, co my mamy dalej robić?
- Następny przystanek, to wampiry, później czarownice i... wojna. To nie będzie taka zwykła wojna, co z tego, że wszyscy się zjednoczą, jeśli są szanse na... na przegraną.
- Nie mów tak, Will! - wstałam i przysiadłam obok niego.- Będziemy mieli plan, nadzieję i... siebie. Wygramy tą bitwę. Rozumiesz? I nie ma szans na przegraną, bo to czuję. Wszyscy razem, mając plan pokonamy zori, jasne? Najpierw ich zjednoczmy, a później będziemy się martwić, co dalej.
Tą długą chwilę ciszy, przerwał głos Willa.
-  Lucas zaproponował mi szkolenie. Jutro on, Paul i Robert, będą mnie uczyli walczyć. Ma się jeszcze przyłączyć kilku zmiennokształtnych.
Uśmiechnęłam się do niego.
- Szkoda, że mnie nie zaprosili.
- Chyba, nie przewidują, abyś brała czynny udział w bitwie, i że nie będziesz musiała w ogóle 
walczyć.
- Dlaczego? To dyskryminacja. - zirytowałam się - Od kiedy to kobiety, nie mogą walczyć?  - William westchnął, coś wiedział. - Mów, co wiesz.
- Tylko się nie złość. - spojrzał mi w oczy - Kobiety i dzieci będą walczyć.
- Co?! - krzyknęłam i chciałam wstać, ale Will pociągnął mnie za łokieć i moje dramatyczne wyjście poszło się gonić.
- Dlaczego?  - szepnęłam.
- Clov, oni chcą cię chronić. Nie masz takich mocy jak wilkołaki, czy czarownice. Masz intuicję i dar przekonywania, który... na nic tam się nie przyda. 
- Umiem walczyć.
- Wiem, bo widziałem. Jesteś niesamowita, ale sama waleczność nie wystarczy, musiałabyś mieć moce.
- Przecież i tak tylko ja mogę siebie zabić! - zaprotestowałam - Nic mi się nie stanie.
- Uczestnictwo w walce, jest jak samobójstwo. Zgadzasz się walczyć na śmierć i życie. Zgadzasz się umrzeć.
- Czyli ta moja nieśmiertelność na polu bitwy jest do niczego?
- Tak.
- Twoja też?
- Tak, ale mam tarczę, którą jutro będę rozwijał. Będę umiał postawić tarczę tak, aby chroniła mnie przez cały czas i nawet nie będę musiał się starać jej utrzymać. 
Nie odezwałam się już, bo wiedziałam, kiedy przegrywam. William objął mnie ramieniem.
- Chciałabym im pomóc.
- Pomagasz - szepnął Will i siedzieliśmy tak jeszcze chwilę, aż zdecydowaliśmy, że czas się położyć spać.

Siedziałam już w kuchni, jedząc kanapkę i pijąc herbatę, którą zrobił mój współlokator. William sprzątał ze stołu, gdy bez pukania wpadł Lucas, a za nim Paul i Robert. 
- Dzień dobry, miło was widzieć, jak dobrze, że umiecie pukać - odezwałam się z krzywym uśmieszkiem.
- O widzę, że ktoś tu się nie wyspał - odpowiedział Lucas.
- Ja? No coś ty, jestem najbardziej radosną osobą na tym świecie - wzięłam jeszcze jeden łyk herbaty i mówiłam dalej - Założę się, ze przyszliście po Williama?
- Tak i przyszliśmy ogłosić, że nasi kochani przedstawiciele wyruszyli. Chcieli się pożegnać, ale i tak za cztery dni wrócą.- powiedział Paul i zwrócił się do Williama - Gotowy?
- Tak - powiedział ostrożnie i spojrzał na mnie, wzruszyła tylko ramionami.
- Miłej zabawy - powiedziałam ze sztucznym uśmieszkiem.
- Clover, możesz przejść się po obozie. Popytać, dowiedzieć się czegoś o zmiennokształtnych.
- Pomyślę nad tym - przeszłam do salonu i usiadłam w miękkim fotelu z moją herbatą w ręce.
- Wrócimy wieczorem - krzyknął jeszcze Robert, gdy wychodzili. Pobiegłam do drzwi frontowych i zobaczyłam całą czwórkę na ścieżce.
- Nie będę czekać. - roześmiali się na moje słowa i Paul jeszcze odkrzyknął.
- Jeśli nie, to sama będziesz musiała znaleźć drogę na plac główny, bo Shane chciał was lepiej poznać.
- Spokojny bądź, znajdę drogę.
- Jakbyś się zgubiła to krzycz, usłyszę cię - dodał roześmiany Lucas i odeszli.
Weszłam do domu rozpuściłam włosy, ubrałam dżinsy i fiołkową bluzkę. Wyszłam z domu i ruszyłam na zwiady.
Szłam uliczkami obozu i nawet znalazłam plac główny (jeden zero dla Clover). Zmiennokształtni za każdym razem, gdy szłam przyglądali mi się uważnie. Było to trochę nachalne, ale przynajmniej się przy tym uśmiechali. Mieli do mnie zaufanie. Co do tego, co tu robimy nie było żadnych wątpliwości, bo elfy wytłumaczyły wszystko o proroctwie, przy wszystkich zmiennokształtnych. Szłam, więc dalej nie zwracając uwagi na śledzące każdy mój ruch tęczowe oczy. 
- Hej! Zaczekaj! - nie zdawałam sobie sprawy, ze słowa kierowane były do mnie, więc szłam dalej, gdy dziewczyna, zastąpiła mi drogę. - Cześć!
- Hej, przepraszam, nie myślałam, że mówisz do mnie. - Za dziewczyną pojawił się chłopak z białymi włosami. Cały ubrany był na biało. Natomiast dziewczyna miała na sobie szary T-shirt i czarne spodnie. Włosy były rude i widać było, że ma problem z ich układaniem, piegi pokrywały jej całą twarz. Wyglądała jak typowa dziewczyna, którą w tych wszystkich filmach dla młodzieży, wyśmiewają rówieśnicy, a chłopak jakby był jej najlepszym przyjacielem. W moje szkole nigdy nie rozmawiałam z wyrzutkami, bo dzięki Brandonowi miałam dobrą opinię, a siedząc z Samem zawsze byliśmy uważani, za osoby, które nie rozmawiają z byle kim (zważając na naszą przeszłość, o której mało kto nie wiedział).
- Chcieliśmy się przywitać i zapytać, czy nie masz problemów ze znalezieniem drogi i nie potrzebujesz pomocy - teraz mi przypominała siedemnastoletnią wersję  Pippi Langstrumpf - A no tak, nie przedstawiliśmy ci się. Ja jestem Poppy - blisko Pippi - a to jest Luke. 
- Nie musicie się jej przedstawiać, bo i tak nie zwróci na was uwagi - odezwała się nowa dziewczyna, która przyszłą ze swoją świtą. Miała brązowe proste włosy, była ładniejsza od Poppy. Z nią przyszli dwaj bliźniacy, którzy obejmowali ramionami dwie niziutkie dziewczyny, które nie dorównywały brunetce - Hej, jestem Cameron, a to moje przyjaciółki Melodie i Nora, a to tych dwóch przystojniaków to bliźniacy Liam i Theo - bliźniaków łatwo było odróżnić, bo jeden miał zielone pasemka, a drugi niebieskie.
- Cameron może byś tak poszła straszyć, kogo innego? - zapytał Luke. Poppy się roześmiała.
- A może ty byś poszedł szyć te swoje szmaty - ogryzł się Theo. Wiedziałam, że ta dwójka to wyrzutki. Moja intuicja nie zawodzi! Ale ta piątka nie była głupia, tak jak w mojej wizji być powinna.
- Ubiera się lepiej od twojej dziewczyny, która powinna zastanowić się nad zakupem dłuższych sukienek - dodała Poppy.
- Mam kupić takie same bezpłciowe koszulki i spodnie jak ty?! - broniła się Nora, w co prawda za krótkiej sukience w kwiatki.
- Hej! - krzyknęłam, żeby ich uspokoić, co zadziałało, bo siedem twarzy spojrzało na mnie - Spokojnie.
- Właśnie zachowujemy się strasznie nieprofesjonalnie. - skarciła wszystkich Cameron.
- Ok. Mam na imię Clover, może się przedstawię, tak na dobry początek. Dzięki, Poppy za propozycję, ale nie będę wam zawracać głowy. Chyba już wrócę do domku.
- Nie, nie idź - poprosiła Melodie - moglibyśmy cię zaprowadzić na zajęcia, pokazać jak wszystko działa itd.
- Zajęcia? - zapytałam.
- Tak, kilku starszych zmiennokształtnych, pomaga nam opanować przemiany i uczy nas. - streścił Luke z uśmiechem.
- Tak na marginesie to zaraz musimy na nie wrócić, a ty Clover mogłabyś się zabrać z nami - wtrącił Liam.
- Sama nie wiem, nie wiem, czy mogę i czy nie będzie to problem...
- Jaki problem? Starsi będą zachwyceni! - zaprotestowała Cameron.
- Dobrze, bardzo chętnie.
- Tak! - wrzasnęła Cameron, wzięła mnie pod rękę i ruszyliśmy.

Wielki budynek wyglądał jak szkoła, do której chodziłam. Rozdzieliliśmy się: ja, Luke, Cameron i Theo weszliśmy do jednej z sal lekcyjnych.
- Dzień dobry, panie Calvin. Przepraszamy za spóźnienie, ale zgarnęliśmy po drodze Clover.
- Dzień dobry Theo, siadajcie - cała trójka odeszła ode mnie i usiadła nas swoich miejscach. Całe zgromadzenie patrzyło na mnie wraz z panem Calvinem, który powinien już wrócić do swojego przemówienia, które przerwało mu nasze wejście.
- Czy nie będzie problemu, żebym tu posiedziała i posłuchała? - zapytałam, na co Calvin uśmiechnął się szeroko.
- Problemu? Dziewczyno, setki lat czekałem, żeby zobaczyć człowieka, a co żeby z nim rozmawiać. Usiądź. Będzie to dla mnie zaszczyt. - uśmiechnęłam się na te słowa i usiadłam obok jednej dziewczyny, która była tak szczęśliwa, bo obok niej usiadłam, że chyba chciała skakać z radości.
- Miałem właśnie wrócić, do tematu różnic pomiędzy wilkołakami, a zmiennokształtnymi, ale jeśli Clover by zechciała nam coś opowiedzieć o ludzkim świecie to zapraszamy.
- Tak, pewnie - wstałam z miejsca i ustałam na środku. - Moim zdaniem nasz świat nie jest taki ekscytujący tak jak ten tu. Ludzie nie mają, żadnych mocy, stawiają raczej na naukę...
Mówiłam tak, a inni zadawali pytania. Dowiedziałam się, że tylko najpotężniejsi zmienni, potrafią przemienić się w każde zwierze, bo na tym polega zmiennokształtność, na zmianie kształtu na dowolny gatunek zwierzęcia, ale jedni mogą być tylko ptakami, drudzy tylko kotami, a inni tylko zwierzętami z dwoma nogami, istnieją bariery, co do zmiennych. Tylko starsi posiadają moc zamiany we wszystko. Każdy z nich jak dożyje wieku trzystu lat będzie to potrafił. Dzieci w tym obozie jest 30, nastolatków 67, dorosłych 102, natomiast starszych 235. Dowiedziałam się również, że kolejną mocą zmiennych jest zdolność rozmowy ze zwierzętami.

Słońce już zachodziło, niedługo zobaczę Williama i resztę zdrajców. Teraz wracałam do domu, przebrać się w coś cieplejszego, bo Cameron dała mi kilka swoich ciuchów. Jako jedyna nosiła mój rozmiar. Skręcałam właśnie w jedną z uliczek, gdy ktoś na mnie wpadł i przewróciłam się na ziemię od siły uderzenia. Jęknęłam w myślach, bo uderzyłam się w potylice. Będę miała strasznego guza. Otworzyłam oczy, żeby zobaczyć, kto jest sprawcą szkód na mojej głowie. Okazało się, że to był chłopak... nie to nie był jakiś tam chłopak. Ten zmiennokształtny miał blond włosy, wysokie kości policzkowe, rybie usta i był niesamowicie wysportowany. Czułam się tak jak tamtej nocy, gdy zobaczyłam Williama. Teraz powinnam krzyczeć wniebogłosy, że boli mnie noga, i że nie mogę iść, ale od pamiętnego popołudnia, gdy przewróciłam się o korzeń, moja kostka wygięła się pod dziwnym kątem i cudowny Caspar wybawiciel uzdrowił ją, więc teraz, zbytnio nie chcę się psuć. Mogłabym oczywiście udawać, aby ten wziął mnie na ręce i zaniósł do domu, ale szczerze mówiąc, bolała mnie głowa od uderzenia i możliwe, że mi się tam coś poprzestawiało, bo teraz chciałam na niego nawrzeszczeć, że powinien uważać jak chodzi. Nie jestem dziewczyną żywcem wziętą z komedii romantycznych.
- Nic ci nie jest? - zapytał chłopak i podniósł z ziemi.
- Nie - burknęłam - Twój zamach się nie powiódł.
- Przepraszam, po prostu byłem trochę zdenerwowany, a żeby się uspokoić biegam.
- Biegaj ile wlezie, ale patrz gdzie biegniesz lub zadbaj o bezpieczeństwo pieszych - trzymałam się ręką za głowę, bo nie chciała przestać mnie boleć.
- Boli cię głowa? Pokaż. - chciałam zaprotestować, ale oderwał moją rękę od potylicy tak szybko, że nie zdążyłam zareagować. Nagle poczułam, że moja dłoń jest mokra i zobaczyłam krew.
- Cholera, uderzyłaś się o kamień.
- Zauważyłam - mruknęłam i głowa zaczęła mnie boleć jeszcze mocniej, jeśli to w ogóle możliwe. - Muszę iść do domu, to jakieś dwie uliczki stąd... - postawiłam trzy kroki na przód, ale kolana się pode mną ugięły i upadłabym, gdyby chłopak                                                                                            nie złapał mnie w talii.
- Ok, dwie uliczki stąd. Chodźmy - zaczął mnie ciągnąć w stronę domu, ale ja się zaparłam i powiedziałam.
- Nie. Dzięki, ale nie potrzebuję pomocy. Dam sobie radę - na co on się roześmiał.
- Nie możesz ustać na nogach.
- Mogę - jednym ruchem uwolniłam się od niego i skoncentrowałam na tym, aby iść prosto przed siebie. Udawało mi się do pierwszego zakrętu i musiałam przytrzymać się ściany. Po sekundzie poczułam jak natrętny, przystojny osobnik bierze mnie na ręce.
- Przecież mówię, że dojdę sama - warknęłam.
- Mhmm, jasne - zakpił, ale miał lekko zaniepokojoną minę. - Jesteś człowiekiem? Nazywasz się Clover, prawda?
- Sesyjka zapoznawcza? Tak, to ja we własnej osobie. A ja z kim mam przyjemność?
- Mam na imię Mark. Wiem, że dla ludzi taki upadek jest niebezpieczny.
- Dla zwykłych ludzi tak. Spokojnie nie wybieram się jeszcze na tamten świat. Odczuwam ból i wszystko, co możliwe, ale nie łatwo mnie zabić, podobnie jak ciebie.
- Widziałem cię wczoraj, jak byłaś przywiązana do tego słupa razem z tym chłopakiem, a mój ojciec...
- Chwila, chwila jesteś synem Shane'a?
- Tak. Przed waszym przyjściem szkoliłem młodych. Walczyliśmy na placu, gdy nagle zwierzęta powiedziały, że zbliżają się zori. Robiliśmy, to co zawsze. Chowaliśmy się. Kiedy przemieniliśmy się i ukryliśmy w lesie, zaniepokoiłem się o Mercedes. Nigdzie jej nie było. Ojciec zabrał mnie i kilku strażników na jaj poszukiwania. Nie pierwszy raz się spotykamy. Kiedy zobaczyłam cię jak przytulasz moją siostrę chciałem cię zabić. Wtedy pierwszy raz na ciebie wpadłem. Nie rozumiałem niczego, co później mówiła moja siostra, że chcecie nam pomóc. Mówiła, żeby nikt nie zbijał taj dziewczyny. Kiedy stałaś przywiązana do łupa wiedziałem, że coś jest nie tak. Nie wyrywałaś się, nie próbowałaś uciec. Mercedes mówiła, że chcesz porozmawiać. Kiedy powiedziałaś, że jesteś człowiekiem, słyszałem z każdej strony, że nikt nie powinien ci wierzyć. Ale jedno było pewne, gdybyś kłamała nie patrzyłabyś ojcu w oczy, a ty cały czas to robiłaś. Chciałem, żebyś to wiedziała, żebyś wiedziała, że uwierzyłem ci od samego początku. A teraz naprawdę mi przykro, ze cierpisz z mojego powodu.
Byliśmy już pod moim domkiem, a Mark postawił mnie na ziemi.
- To... było mocne. Mówię o uderzeniu, które zaserwowałeś mi wczoraj, nie takie jak to dzisiejsze, ale jednak. I przyjmuję przeprosiny.
Staliśmy tak patrząc sobie w oczy, gdy Lucas podbiegł do nas.
- Clover, co ci się stało?! - patrzył na mnie wściekły i zarazem zaniepokojony, później zwrócił groźne spojrzenie na Marka. - Słucham!
- Długa historia, gdzie jest Paul albo Robert? Jakikolwiek elf?
- Lucas? - zawołał Robert - Co się... - kiedy zobaczył moją głowę, od razu przyłożył do niej rękę i zamknął oczy. Po kilku chwilach czułam się jak nowo narodzona.
- Tłumacz się, Clover. Zostawiliśmy cię na jeden dzień, a ty już rozwaliłaś sobie głowę. Gdybyś była śmiertelniczką, to nie byłoby czego ratować - mówił rozdrażniony Lucas.
- To moja wina - odezwał się Mark - Clover, po prostu skręcała w jedną z uliczek, a ja w tym czasie biegłem. Zapomniałem, że mamy ludzi w naszym obozie. Zmiennokształtnemu nic by się nie stało i naprawdę, powinienem bardziej uważać, co już dała mi do zrozumienia Clover.
- Rozumiem, że dała ci popalić? - zapytał uśmiechnięty Paul obok, którego stał William i patrzył groźnie na Marka, byli równego wzrostu. - Clover, ma dziś zły dzień.
- Masz szczęście, że jej się nic nie stało - dodał William i łypał groźnie na Marka. Ooo, teraz obudził się w nim duch obrońcy.
- Dobra, Cloe proponowałbym, żebyś się przebrała, bo twoja bluzka już do niczego się nie nadaje. - powiedział Robert.
- Wy idźcie już na plac główny, a ja poczekam na Clover i dojdziemy do was - zaproponował William i wiedziałam, że skończy się to długą rozmową, więc błagałam w myślach, aby zostali.
- Świetny pomysł. Chodźmy. - dał rozkaz Lucas i odeszli. Mark stał jeszcze chwilę i patrzyli na siebie razem z Willem. Byłam już przy schodach, gdy zapytałam tego drugiego.
- Mocno cię poobijali?
- Trochę, tak żebyś mogła się mną zająć - uśmiechnął się niewinnie, a Mark napiął mięśnie albo mi się tylko wydawało, bo jego twarz pozostawała spokojna, więc odpowiedziałam.
- Jeszcze nie zapomniałam o twoim wczorajszym numerze pamiętaj, że planuję zemstę.
- Tak, jasne - zakpił i przecisnął się obok mnie.
- Do zobaczenia, Mark - pokiwałam mu ręką z uśmiechem.
- Do zobaczenia, Cloe - odwzajemnił uśmiech i poszedł, kątem oka zobaczyłam jak ogląda się do tyłu.

20 lutego 2016

Rozdział 11

Wilkołaki? Z nami.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy Ryan i inne wilki powiedziały praktycznie jedno zdanie: Jesteśmy z wami!
Czekaliśmy do pełni księżyca, po to aby wilkołaki mogły przejść przemianę i wyruszyliśmy w drogę z samego rana. Plany się odrobinę zmieniły, a mianowicie Edward, Mills i Steven pozostali w obozie wilków. Robert, Paul (który tak się uparł, żeby z nami wyruszyć, że nie było zmiłuj), Caspar i Gabriel wyruszyli z nami w dalszą podróż. Z wilkołaków dołączyli Lucas, Ryan i Sara. Najdziwniejszą rzeczą, gdy wyruszaliśmy było to, że Sabrina, Amanda, Jackson, Max i Drake przyszli się z nami pożegnać! Tak, właśnie. Przez prawie pół dnia uczyłam ich chwytów, a także różnych uników, których uczył mnie Ron i Monster. Wilkołaki w obozie miały uczyć te młodsze technik walki. Teraz treningi odbywały się tam codziennie po kilkanaście godzin. Ćwiczyły nawet te wilki, które jeszcze nie przeszły pierwszej przemiany. Postanowiliśmy wysłać kilkunastu elfich strażników (i nie tylko strażników, ale ogólnie elfów, nawet dzieci) do tego obozu i kilkunastu wilków do obozu elfów, żeby wzmocnić się jeszcze bardziej i zaprzyjaźnić. Ryan wydał rozkaz pokazania wszystkim zniszczonej części miasta. Był to moim zdaniem dobry pomysł. Wiem przecież, że ten obraz nie przywołuje przyjemnych odczuć, i że zostanie w ich pamięci na zawsze. Ale z drugiej strony nikt z nas nie zamierza przegrać ostatecznego starcia z zori i czekają nas wszystkich o wiele gorsze rzeczy.
Tak więc, jesteśmy już w drodze od około dwunastu godzin!
- Wydaję mi się, że nie dojdziemy na teren zmiennokształtnych tego dnia. Trzeba będzie przespać się gdzieś tutaj! - krzyknął Lucas.
- W końcu to teren uniwersalny. Nic nie powinno się nam stać, prawda? - dopytywała Sara.
- Robert! - zawołał Gabriel - Leć rozejrzeć się po okolicy. Zobacz, czy nigdzie nie ma żadnych zori i innych stworzeń.
Robert wzniósł się w powietrze. A ja wykończona padłam na ziemię i patrzyłam na zachodzące słońce. William usiadł na trawie obok mnie wraz z Casparem. Sara i Lucas czegoś wysłuchiwali, a Ryan i Gabriel patrzyli za Robertem.. Po krótkiej chwili był już z nami.
- Nic nie widziałem.
- A ja nic nie słyszę. Jeśli ktoś tam jest to około dwudziestu kilometrów stąd - powiedział Lucas.
- Dobrze, a więc myślę, że powinniśmy spać na zmianę - dodał Caspar - oprócz Clover i Williama, bo ich na żadną wartę nie dobudzimy - zaśmiał się.
- Jestem pewien, że wstanę na wartę. Gorzej będzie z Clover, bo ona już prawie śpi.
Nie miałam nawet siły zaprotestować, ani zareagować na ich zaczepki, bo prawda jest taka, że nawet jeśli ktoś by mi wylał wiadro lodowatej głowy na łeb, to by mnie nie obudził. Po co mam się sprzeczać, jeśli pozwolą mi spać?
- Williamie, wam ludziom potrzebne jest minimum osiem godzin snu, a nam stworzeniom nadprzyrodzonym wystarczają tylko cztery. Szybciej nabieramy energii i siły, więc razem z Clover nie dostaniecie żadnej warty. Koniec dyskusji. Pierwszą obejmuję ja z Gabrielem. Drugą przejmuje Lucas, Paul i Caspar, a trzecią Sara i Robert. Wyruszamy o wschodzie słońca. - zarządził Ryan.
- Znajdziemy jakąś polanę i pójdziemy spać. Jest tu niedaleko. - zaproponował Robert, a ja jęknęłam.
- Ja nigdzie się nie wybieram. Tu jest mi dobrze i tu zostanę - mówiłam i miałam zamknięte oczy, bo za około minutę już będę z nimi tylko ciałem.
- Clover, tobie byłoby dobrze nawet na posłaniu z igieł. Chodzi o to, że na polanie będzie nam się w razie czego lepiej bronić - tłumaczyła Sara, ale jej słowa rozmywały się w mojej głowie. Ostatnie, co poczułam to, to że ktoś mnie wziął na ręce i śmiał się cicho. Kątem oko zobaczyłam, że był to William. On najwidoczniej nie był tak zmęczony jak ja i mógł mnie spokojnie nieść. To była moja ostatnia myśl przed zaśnięciem.

                                                                       
- Wstawaj, Cloe - usłyszałam nad sobą czyjś szept. Poderwałam się natychmiast do pozycji siedzącej i sprawdzałam, kto śmie mnie budzić. Okazało się, że tą osobą była Sara, a za nią zobaczyłam uśmiechającego się od ucha do ucha Lucasa.
- O, patrzcie kto tu się obudził. Clover jak miło, że jesteś już z nami. Sara budzi cię już dobrą godzinę, a ty nic.
- On żartuje, Clov. Budzę cię od jakiś dziesięciu minut - i razem z Lucasem zaczęła się śmiać.
- Całe swoje wilcze życie myślałem, że ludzie to ranne ptaszki. Ty uświadomiłaś mi, że się myliłem albo jesteś wyjątkiem, bo William już dawno nie śpi.
Teraz, gdy moje oczy przyzwyczaiły się do słońca zobaczyłam Roberta podającego mi kanapkę. Caspara, Ryana i Gabriela patrzących na tą sytuację z daleka, a także Williama opierającego się o drzewo z butelką wody w ręku. Włosy miał potargane, a ubranie wymięte. Nawet nie chciałam wiedzieć jak sama wyglądam. Całą siódemkę ta sytuacja strasznie bawiła. Nie przejmowałam się tym, bo po takim wypoczynku nie czułam, ani krzty zmęczenia. Poderwałam się na nogi. Przyjęłam od Roberta kanapkę z uśmiechem i zwróciłam się do Lucasa.
- Ile jeszcze mamy do obozu zmiennokształtnych?
- Cały dzień - odpowiedział
- Ruszamy! - krzyknęłam.
                                                                           ***
- To tutaj - powiedział, Caspar - Jesteśmy na miejscu.
Poczułam się tak, jak tamtego wieczora przed granicą obozu wilkołaków.
- Zrobimy tak jak wtedy. Wchodzę tylko ja z Williamem - zarządziłam.
-  Niech będzie. Pamiętaj jeden gwizd! - zgodził się niechętnie Gabriel, a Ryan już zaczynał protestować.
- Nie. Ma. Takiej. Opcji. Zmiennokształtni mogą się zamienić we wszystko w jedną sekundę!
- Spokojnie, Ryanie. Nic nam nie będzie. - uśmiechnęłam się - Czuję to.
Chciał, coś jeszcze powiedzieć, ale Will chwycił mnie za rękę i weszliśmy na teren zmiennych.
William miał już rozciągniętą tarczę, ale miałam przeczucie, że nie będzie potrzebna. Dotnknęła wolną ręką jego ramienia.
- Nie będzie potrzebna.
- Jak o nie?
- Zaufaj mi.
Opuścił tarczę i szedł dalej do przodu. Trzymaliśmy się za ręce, tak jakby już za chwilę miał nastąpić nasz koniec, ale nie miał nastąpić. Jeszcze nie teraz.
Przeszliśmy tak jakieś dwieście metrów i nic żadnych dźwięków. Brak życia. Jakiegokolwiek.
Zaczęliśmy już dochodzić do budynków, a na drzewie obok zobaczyłam czarnego kruka. To nie był zmiennokształtny. Nigdy takowego nie widziałam, ale te moje przeczucia zwykły mnie zaprowadzać na dobrą drogę. To był zwykły ptak, który patrzył na nas tymi swoimi czarnymi oczami. Dotarliśmy na miejsce. Staliśmy na głównym placu i czekaliśmy. W końcu krzyknęłam.
- Jest tu ktoś!?
Echo odbiło się od ścian budynków i nagle... usłyszałam pojedyncze kroki. Zza jednego z budynków wyszła mała dziewczynka. Była zmiennokształtną. Wyglądała na jakieś osiem lat. Miała proste blond włoski, wielkie kolorowe tęczówki, były całe w kolorach tęczy, ale ich wyraz nie był przyjazny. Raczej krył się w nich strach, zrezygnowanie i...zdeterminowanie. Rozstawiła lekko nogi na boki i wyciągnęła rączki, jakby szykowała się do ataku, ale nie też jakby nie mogła się na niego zdobyć i czekała, aż my wykonamy pierwszy ruch. Zaczęłam powoli do niej podchodzić i widziałam jak rączki jej drżały.
- Ptaszek mi powiedział, że idziecie - odezwała się. Nie cofnęłam się, szłam dalej, a ona zaczęła się cofać, aż uderzyła pleckami o ścianę.
- Tak? Co jeszcze powiedział ci ptaszek? - zapytałam przyjaźnie.
- Powiedział mi jeszcze, że się nie boicie.
- Bo się nie boimy - uklękłam przy niej, a William stał z boku - Nie chcemy cię skrzywdzić.
- Mamusia, powiedziała mi, że gdybyście nie chcieli nas skrzywdzić to byście tu nie przychodzili - trzęsła się jak galaretka.
- A gdzie jest twoja mamusia? - zapytał Will spokojnie.
- Nie mogę powiedzieć. Wszyscy powtarzają, że jeśli ktoś nie zdąży się schować i wy go znajdziecie to pod żadnym pozorem nie można powiedzieć, gdzie są inni, bo... bo zabijecie wszystkich - zaczęła płakać, a ja nie chcę, żebyście zabili mamusię i tatusia. - schowała twarz w rączkach i płakała.
- Hej - pogłaskałam ją po włosach i przyciągnęła do siebie. Popatrzyła na mnie przez zaczerwienione oczy. Odgarnęłam jej włosy z twarzy - Nie chcemy was skrzywdzić. Nie jesteśmy tymi, o których opowiadała ci mamusia i tatuś. My jesteśmy dobrzy. Nie chcemy nikogo z was skrzywdzić.
Patrzyłam jej w oczy i nagle zobaczyłam geparda, który odepchnął mnie na jakieś trzydzieści metrów od dziewczynki. Leżałam na ziemi i nie mogła złapać oddechu. Nade mną pojawiła się twarz chłopaka, na której malował się wyraz obrzydzenia. Dołączyło do niego dwóch innych. Poczułam na rękach zawiązujące się ciasną sznury. Nie walczyłam, choć krew ciekła mi z nadgarstków na ziemię, bo wiedziałam, że nie ma sensu walczyć. Pogorszyłabym tym tylko swoją sytuację. Widziałam obok Williama, który przyjął taką samą taktykę jak ja, a oczy pałały mu niebezpieczną zielenią. Związana zostałam odrzucona mocno na ścianę i uderzyłam się o nią w głowę. William siedział związany na przeciwnym końcu palcu.
- Zabijcie ich! - krzyknął jeden.
- Nie. - odezwał się spokojnie mężczyzna, który trzymał w ramionach blond dziewczynkę - Są tu sami. Tylko ta dwójka. Wykorzystajmy to.
Kiwnął ręką na środek placu i po chwili zostałam brutalnie rzucona w to miejsce i posadzona plecy w plecy z Williamem. Mężczyzna, który okazał się ojcem dziewczynki był zapewne Shanem. Zaczął już odchodzić z małą na rękach, kiedy krzyknęłam za nim.
- Shane! Zaczekaj, musimy porozmawiać! - patrzyłam mu prosto w oczy dając znak, że nie mam innych zamiarów, prócz rozmowy. Ale od razu dostałam solidny policzek od jednego z zmiennych (jak się okazało wszyscy mieli tęczowe tęczówki, znak rozpoznawczy), aż odrzuciło mi głowę w bok.
- Milcz! - wrzasnął. Czułam jak William napina mięśnie.
- A o czym, to chciałaś pomówić wstrętna kreaturo? - odwróciłam ponownie głowę w jego stronę. Trzymał blondi na rękach, a ona patrzyła na mnie z bólem w oczach. Posłałam jej ciepły uśmiech dając znak, że nic mi nie jest i ponownie zwróciłam się do jej ojca, który nie mógł, pewnie rozszyfrować, dlaczego uśmiecham się do jego córki, a ona do mnie. - Czyżbyście sprzeciwili się Malcom'owi i chcielibyście przyłączyć się do nas? I y mamy uwierzyć, że nie jesteście już wrogami? Po cholerę, tu przychodziliście. Malcolm wysłał was w roli szpiegów? Nie z nami takie numery - odstawił córkę na ziemi i podszedł bliżej mnie - Nie zabije was teraz. Wyciągnę z was wszystkie informacje - stał teraz pół metra ode mnie - A jak to zrobię, łaskawie was zabiję, bo będziecie mnie prosić o śmierć.
- A jeśli jest inaczej - nachyliłam się lekko ku niemu - A jeśli patrzysz i nie widzisz? A jeśli słuchasz, a nie słyszysz? Wiesz, bo ty właśnie to robisz. Posłuchaj, gdybyśmy byli pieprzonymi zori, to twoja córka już by nie żyła. Nie chcemy was skrzywdzić. Nie jesteśmy zori!
- Tatusiu! - dziewczynka znalazła się przy nas - Ta pani mówi prawdę, ona nie zrobi nam krzywdy.
- No pewnie, że nie zrobi - prychnął zbulwersowany, William.
- Cisza! - krzyknął Shane i skinął głową na jednego chłopaka, który złapał dziewczynkę od tyłu, a ona krzyczała i się wyrywała - Zabierz Mercedes do Samanty. A ty - wskazał mnie palcem - Jak się nazywasz?
- Clover - odpowiedziałam spokojnie.
- Pojęcia nie mam, jakich to bzdur nagadałaś mojej córce, ale za wszystkie słono zapłacisz!
- Dobra, koniec z tym. Chcieliśmy dobrze, no ale wyszło jak zawsze - i Will wciągnął powietrze i zagwizdał z całych sił.
- Wzywa resztę swoich kreatur - krzyknął chłopak, nade mną i chciał się zmienić, ale nie zdążył. Obok niego pojawił się Robert i odepchnął go z całych sił, lecz po chwili został przygwożdżony do ziemi przez dwa jelenie. Sara warczała na otaczające ją lwy, Lucas walczył z wilkiem, a w jego oczach pojawił się błysk rozbawienia. Przy moim boku stał Ryan, a obok Williama, Gabriel.
- Stop! - ryknął Shane i wszyscy się uspokoili. - Ryan i Gabriel, co tu robicie? Myślałem, że jasno wyraziłem się mówiąc sto lat temu, że macie trzymać się od nas z daleka! Macie dziesięć sekund na zniknięcie mi z oczu!
- Przykro mi Shane, ale nie skorzystamy - odpowiedział Ryan - Po prostu chcemy, żebyś posłuchał Clover. Ma ci bardzo ciekawe rzeczy do przekazania.
- Mieliście swoją szansę - odpowiedział i ktoś kopnął mnie w głowę. Straciłam przytomność.

Wreszcie się ocknęłam. Stałam przywiązana do wielkiego pala drewna, a za mną stał przywiązany William. Sara, Lucas i Ryan byli przykuci srebrnymi obręczami do ścian budynków i zakneblowani, a elfy wyglądały tak samo tylko oni byli zakneblowani i związani sznurami z trucizną, bo na ich rękach widziałam blizny. Ostatnia otworzyła oczy Sara. Następnie ujrzałam około setki zmiennokształtnych w normalnej postaci. Szybko ujrzałam Mercedes, która płakała w ramionach kobiet na twarzy, której nie było ani cala współczucia tylko złość. Shane odsunął się od niej i ruszał w naszą stronę. Ustał na środku.
- Będę wam zadawał pytania, a wy na każde odpowiecie. Jeśli nie będziecie współpracować to będę was niszczył powoli każdą możliwą bronią, która może was skrzywdzić - Ryan warknął i od razu został uderzony pięścią w szczękę.
- Po co mamy odpowiadać, jak i tak nas zabijesz - spytał spokojnie William.
- Twoja śmierć będzie szybka - odpowiedział niewzruszony.
- Cóż za wielkoduszność - prychnął.
- Kto was tu przysłał? - pierwsze pytanie.
- Caspar - odpowiedziałam - i nie przysłał tylko poprosił o pomoc - teraz Shane był zdezorientowany.
- Poprosił o co?
- Żeby tu przybyć pomóc was zjednoczyć i pokonać zori - odpowiedziałam po krótce.
- Radzę ci nie kłamać...
- Chwila, jeszcze nie skończyłam. Chciałam porozmawiać, jeśli ty wolisz w taki sposób no to niech będzie - patrzyłam na niego, a on na mnie, nie odezwał się więc przyjęłam to jako zgodę do mówienia - Po pierwsze nie jesteśmy zori - westchnął i skinął ręką na innego zmiennego - No poczekaj, daj mi udowodnić - zatrzymał się w pół kroku i zwrócił do mnie.
- Udowodnić? Słucham, więc.
- Tak, chwyć mnie za szyję.
- Jak dotknięcie twojej szyi ma mi pokazać, że nie jesteś zori? - zapytał niepewnie, ale już wiedziałam, że się zgodzi.
- Ludzie zwykle mają puls - rozeszły się szepty po całym zgromadzeniu - Dobrze wyczuwalny jest na szyi lub na nadgarstku, ale że ten jest związany szyja będzie najlepsza. Zori nie oddychają i nie biją im serca. My z Williamem oddychamy, a nasze serca biją. Sam się przekonaj.
- Jeśli to twoja sztuczka...
- Zori nie umieją przyprawić serca o ruch, a także wciągnąć powietrza. Podobno też nie dostały mocy czarownic, aby coś takiego zrobić.
Stał niepewnie, a na placu zapanowała cisza. Po dobrej minucie podszedł do mnie i przyłożył rękę do mocno do szyi, a później uścisk zelżał w jego czach zobaczyłam, niedowierzanie. Następnie przyłożył mi dłoń do serca, a później do ust. Odsunął się na krok i patrzył na mnie z zachwytem, nie odrazą. uśmiechnęłam się szeroko.
- I...co? - zapytała Mercedes. Shane się uśmiechnął.
- Stuprocentowy człowiek - w tłumie zapanował taki gwar rozmów, a Shane nawet nie próbował ich uciszać.
- Rozwiązać ich - wrzasnął - wilkołaki i elfy również!
Po dziesięciu sekundach podbiegła do nas zmiennokształtna z ręcznikami.
- O mój boże, polecę po apteczkę! Jesteście ranni!
- Nie będzie takiej potrzeby - odezwał się Gabriel i przyłożył mi rękę do głowy i po chwili byłam tylko upaćkana krwią. Robert właśnie kończył uzdrawiać Williama i wtedy zobaczyłam ich blizny.
- Tego nie możecie uzdrowić? - zapytała
- Rany zadane nam przez przedmioty, które mogą nas zabić są nie uleczalne.
- Przepraszam was - odezwał się Shane - gdybym nie był taki głupi i posłuchałbym was na początku, to...
- Ale, byłeś taki głupi przyjacielu i nie mogłeś wiedzieć. I przestań się obwiniać.
- Chcieliśmy ich zabić, kiedy znaleźli się na naszym terenie. - powiedział Lucas.
- Nie wierzę, że wilkołaki pogodziły się z elfami - dodał Shane.
- Po tym jak, Paul - elf zasalutował dłonią - oddał swoje skrzydło, żeby uratować mi życie uwierzyliśmy, że proszą o ostatnią szansę i wiemy, że Clover i William nie pozwolą się im wycofać tak jak sto lat temu.
- Clover jeszcze raz przepraszam za wszystko i jestem naprawdę zaszczycony, że mogę cię poznać - teraz zwrócił się do Williama - Ty jesteś William, prawda?
- Tak we własnej osobie.
- Ty również jesteś człowiekiem? - to było raczej stwierdzenie.
- Tak, ja również.
- No dobrze, ale przejdźmy do sedna sprawy. Co robią ludzie w naszym świecie? - teraz zauważyłam, że otacza nas krąg zmiennokształtnych. Postanowił na to odpowiedzieć Caspar.
- Proroctwo, Shane. Proroctwo.